01.09.17, 07:10By Hans Sönnke [Public domain], via Wikimedia Commons

'Wszędzie ruiny. Spod ruin wydobywały się jęki'. Tak rozpoczęła się II wojna światowa

"Zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem. Celem musi być nie dotarcie do jakiejś oznaczonej linii, lecz zniszczenie żywej siły."-rozkazał Adolf Hitler.

1 września 1939, godzina 4:34. Bomby spadają na Tczew. Kilka minut później Luftwaffe rozpoczyna bombardowanie Wielunia. O 4:45 niemiecki pancernik „Schleswig-Holstein” oddaje pierwsze salwy w kierunku Westerplatte.

W ten sposób 78 lat temu rozpoczęła się II wojna światowa. Wojska niemieckie wczesnym rankiem 1 września, bez wypowiedzenia wojny przekroczyły na całej niemal długości granice Rzeczypospolitej.

Strona niemiecka wystawia przeciwko Polsce 1 mln 850 tys. żołnierzy, 11 tys. dział, 2800 czołgów i 2000 samolotów. Polskie wojsko ma do dyspozycji jedynie 950 tys. żołnierzy, a także ponad dwukrotnie mniejszą liczbę dział – 4,8 tys., 700 czołgów i 400 samolotów.

"Zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem. Celem musi być nie dotarcie do jakiejś oznaczonej linii, lecz zniszczenie żywej siły."- rozkazał Adolf Hitler. Na naradzie dowódców w przededniu podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow podkreślał, że zniszczenie Polski jest priorytetem, nawet gdyby wojna miała wybuchnąć na zachodzie. Ze względu na porę roku, "decyzja musi być natychmiastowa"- mówił Hitler.

"Podam dla celów propagandowych jakąś przyczynę wybuchu wojny. Mniejsza z tym, czy będzie ona wiarygodna, czy nie. Zwycięzcy nikt nie pyta, czy powiedział prawdę, czy też nie. W sprawach związanych z rozpoczęciem i prowadzeniem wojny nie decyduje prawo, lecz zwycięstwo. Bądźcie bez litości, bądźcie brutalni."- podkreślał. 

Na domy mieszkańców zrzucano także małe bomby zapalające. 

"Kilka takich bomb udało się sąsiadom wyrzucić ze strychów swoich domów. W wyniku bombardowań zniszczona zastała we Wrześni stacja kolejowa i cukrownia. Powstały liczne pożary. W kilku miejscach uszkodzono tory. Rozpoczęła się ucieczka ludności."- wspomina kilkunastoletni wtedy Stanisław Gendek. Jak dodaje, zabierano najpotrzebniejsze rzeczy na wozach, wózkach i rowerach. Domy i cały dobytek pozostawiano bez opieki. Wielu ludzi uciekało na wschód, w stronę Kutna. 

"Na drogach panował wielki tłok. Cywile zmieszali się z wojskiem. Niemieccy lotnicy strzelali do tego tłumu z karabinów maszynowych. Wielu ludzi na tych drogach zostało zabitych."- wspomina świadek tych wydarzeń.

Wojsko polskie, walczące w samotności z potęgą niemiecką i sowiecką, nie miało szans na zwycięstwo. Według profesora Mariana Zgórniaka, nawet Aleksander Macedoński nie mógłby wygrać tej kampanii. Nie było Aleksandra Macedońskiego, był za to marszałek Edward Rydz-Śmigły.

"Polska wojny uniknąć nie mogła, jeśli nie chciała skończyć w niesławie. Poniosła i ponosi olbrzymie ofiary, ale dała początek wojnie wyzwoleńczej spod supremacji niemieckiej"- ocenił.

Jak bombardowano Wieluń? Najlepiej zobrazują to wspomnienia lotnika z Luftwaffe:

"Wieluń – nasz cel! W mieście kilka domów stoi w wielkim ogniu. Jednak wysoko ponad tym ciemne punkty na tle niebieskiego nieba, z błyskawiczną szybkością tu i ówdzie śmigające jak ważki nad lustrzaną taflą wody: to niemieckie myśliwce, które oczekują i mają osłaniać nasz atak. [...]. Mój pierwszy atak na żywy cel!"

Lotnik miał przez chwilę przebłysk świadomości, że ten żywy cel to miasto pełne ludzi...

"Ulice w dole wyglądają jak obrazek z pocztówki, a ciemne punkty, które się na nich poruszają są celem. Niczym, tylko celem. Na wysokości 2500 metrów życie na ziemi traci swoją wagę [...]. Wysokość 1200 metrów [...] pierwsza bomba spada! [...] a teraz spojrzenie w dół bomba upadła dobrze, wprost na ulicę, a czarna masa, która sunęła wzdłuż ulicy, zatrzymuje się. Na miejscu w które trafiłem, powstało ciemne kłębowisko. I w to kłębowisko padają serie bomb z innych samolotów [...]."- opisuje.

Bombardowano zagrody, kościoły:

"Tuż za miastem jakaś zagroda zapchana wojskiem i zaprzęgami. Jesteśmy na wysokości zaledwie 1200 metrów, opadamy na 800. Bomby spadają, a zagroda tam w dole znika w ogniu i dymie razem ze wszystkim co się w niej znajduje. Odwrót! Ostatni ładunek, ten najcięższy, spada na rynek. Fontanna płomieni, dymu i odłamków wyższa niż wieża małego kościoła [...]."

"Ostatnie spojrzenie: z polskiej brygady kawalerii nie pozostało nic…"- opisywał lotnik.

Ówczesny dyrektor szpitala wspominał, że wszędzie wokół widział ruiny, spod któych słychać było jęki ludzi. 

"Samoloty wróciły potem po raz drugi, i jeszcze raz. Za trzecim razem znów zbombardowały szpital. Jedna z bomb wyrwała w ogrodzie tak wielki krater, że zmieściłoby się w nim pół domu."- opisuje Zygmunt Patryn.

Mieszkańcy widzieli na gałęziach drzewa zwisające zwłoki. Wszędzie w mieście panował popłoch, którego nawet nie da się opisać. Część budynku szpitala zaczęła się zapadać. 

"Powstał niesamowity, trudny do określenia popłoch wśród chorych. Słychać było ich jęki, wołanie o pomoc, straszliwe krzyki ludzi płonących pod stosami gruzu. (...) W ogrodzie szpitalnym dwie kobiety z oddziału położniczego urodziły dzieci, wkrótce potem jedna z nich zginęła od wybuchu bomby."- mówiła Stanisława Musiał, mieszkanka, która pamięta tamte wydarzenia.

yenn/polskieradio.pl, dzieje.pl