Mariusz Paszko, Fronda.pl: Panie Pośle, jak dziś – z perspektywy opozycji – ocenia Pan kondycję koalicji rządzącej? Jaką rolę odgrywa w niej obecnie Polska 2050?

Marek Jakubiak, poseł Kukiz’15, prezes partii Wolnych Republikanów: Powiedziałbym, że to rola wyraźnie słabnąca. Ostatnie wydarzenia pokazują, że ta formacja zaczyna coraz odważniej zaznaczać swoją autonomię. Zwycięstwo Joanny Pełczyńskiej-Nałęcz w wyborach wewnętrznych to sygnał, że Polska 2050 może zmierzać w stronę większej niezależności od Donalda Tuska. To oczywiście nie jest dobra wiadomość dla szefa rządu, bo zapowiada dalsze napięcia w obrębie koalicji.

Podobny proces widzę również w Polskim Stronnictwie Ludowym – tam także coraz częściej podkreśla się własną tożsamość i dystans wobec Platformy Obywatelskiej. To wszystko razem sprawia, że przyszłość tego układu rządowego staje się znacznie mniej pewna. Trudno więc powiedzieć, czy oni wytrzymają w tej konfiguracji przez całą kadencję.

Szymon Hołownia mówił ostatnio o swoim „grzechu” i publicznej refleksji nad swoimi decyzjami. Jak pan to odbiera?

Przyznam, że nie do końca wiem, o czym mówił. Jeśli natomiast chodzi o to, co ja uznałbym za jego grzech polityczny – czyli wejście w koalicję z Donaldem Tuskiem i przyjęcie odpowiedzialności za obecny kierunek rządu – to mam wątpliwości, czy same takie deklaracje wystarczą. W polityce liczą się czyny, a nie tylko słowa.

Przejdźmy na poziom lokalny. W Krakowie trwa inicjatywa referendalna w sprawie odwołania prezydenta miasta i Rady Miasta. Jak Pan patrzy na takie działania?

Co do zasady popieram wszelkie formy aktywności obywatelskiej. Jeżeli mieszkańcy uważają, że władze samorządowe działają źle, to powinni mieć realną możliwość wyrażenia sprzeciwu w drodze referendum.

Problem polega na tym, że obecne progi frekwencyjne w praktyce skutecznie blokują takie inicjatywy. Od lat postuluję ich zniesienie albo przynajmniej radykalne obniżenie – na przykład do poziomu 10 procent. Inaczej referenda stają się narzędziem czysto symbolicznym.

Jest Pan również przedsiębiorcą, dlatego zapytam o Krajowy System e-Faktur. Jak Pan ocenia to rozwiązanie?

Bardzo krytycznie. Uważam, że to kolejny element nadmiernej kontroli nad przedsiębiorcami, ukryty pod hasłem „uszczelniania systemu podatkowego”. Tymczasem przygotowania do wdrożenia były – w mojej ocenie – fatalne.

Rozmawiałem ostatnio z własną księgową i ona mówi, że ma problemy już z samym logowaniem się do systemu, a nie z jego funkcjonalnością. Przez dwa lata nie dopracowano podstawowych kwestii technicznych, a dziś przerzuca się odpowiedzialność na firmy.

Obowiązek był już kilkukrotnie przesuwany.

Właśnie. Ustawowo coś się wprowadza, potem okazuje się, że to nie działa i trzeba przesuwać terminy. Dziś słyszymy, że pełne wdrożenie ma nastąpić dopiero w 2027 roku. To pokazuje skalę chaosu wprowadzanego przez ten rząd.

Pojawiają się również informacje o zagranicznych podmiotach zaangażowanych w obsługę systemu. Mówi się o spółce Taxilla IT Solutions, która jest bazowo zarejestrowana w Stanach Zjednoczonych, a obecnie ma być zarządzana z Indii. Jedne źródła twierdzą, że dostarcza ona tylko aplikacje i rozwiązania techniczne, inne sugerują, że dane wrażliwe polskich podatników mogą być przetwarzane poza krajem – jak choćby w Indiach albo w Stanach Zjednoczonych.

Dla obecnego rządu to – obawiam się – nic nowego. Przypomnę choćby wcześniejsze kontrowersje wokół infrastruktury informatycznej Państwowej Komisji Wyborczej, kiedy dane były przechowywane i przetwarzana na serwerach na Syberii. Widać tu wyraźnie pewien schemat lekceważenia kwestii bezpieczeństwa naszych danych.

Jakie skutki gospodarcze może mieć wprowadzenie KSeF w obecnym kształcie?

Bardzo poważne. Mówię wprost: setki tysięcy firm mogą mieć gigantyczne problemy. Stworzono jeden centralny „worek” na faktury – bez względu na to, czy dana należność jest bezsporna czy nie.

Jeżeli kontrahent nie zapłaci, a sprawa jest sporna, system zaczyna generować presję administracyjną. To oznacza lawinę spraw w sądach gospodarczych i paraliż dla przedsiębiorców. W takim chaosie ktoś zawsze traci – zwykle najmniejsze firmy.

Jest Pan członkiem komisji zajmujących się bezpieczeństwem. Polska wydaje rekordowe kwoty na zbrojenia, ale jednocześnie pojawiają się głosy, że duża część środków trafia do zagranicznych koncernów – głównie niemieckich i francuskich. Jak Pan to skomentuje?

Od lat mówię o problemie wpływów zagranicznych – zwłaszcza niemieckich – w polskiej gospodarce i polityce. Musimy jasno określić, co jest pod polską kontrolą, a co nie.

Jeżeli słyszę wypowiedzi ministrów o tym, że dziś nie trzeba podsłuchiwać telefonów, bo wystarczy rozmowa z partnerem zagranicznym, konkretnie z Niemcami, to budzi to mój niepokój. Mam wrażenie, że jesteśmy państwem bardzo podatnym na penetrację informacyjną.

Skutkiem takich procesów jest to, że coraz większa część społeczeństwa traci przywiązanie do własnego państwa. To jest efekt wieloletniej pracy ideologicznej, informacyjnej i kulturowej.

Pojawiły się ostatnio informacje publikowane przez jednego z polityków niemieckiej AfD dotyczące rewizjonizmu polskich ziem zachodnich. Co można o tym myśleć?

To nie są niewinne gesty. Od dekad w niemieckiej debacie pojawiają się sformułowania o „ziemiach pod polską administracją”. Gdy do tego dodamy sprzedaż infrastruktury komunalnej – jak na przykład ciepłownie, głównie w Zachodniej Polsce - zagranicznym firmom – znów niemieckim – to powstaje obraz, który powinien budzić bardzo poważne pytania o długofalowe skutki tych decyzji.

Uprzejmie dziękuję Panie Pośle za rozmowę.