Przede wszystkim jest jasne, że wojna trwa o wiele dłużej niż Waszyngton to planował. To widać z wielu wypowiedzi amerykańskich oficjeli, w tym przede wszystkim Donalda Trumpa. Amerykańska armia przeprowadziła klasyczną kampanię powietrzną, zyskując dominację na irańskim niebie, niszcząc irańskie lotnictwo, większość sił morskich oraz znaczną część potencjału rakietowego i dronowego tego państwa. No i być może przede wszystkim zabijając cały szereg członków reżimu na najwyższym szczeblu. Czyli wzorowy sukces. Amerykańska machina wojenna po raz kolejny pokazała to, do czego jest zdolna. Problem natomiast polega na tym, że armia amerykańska nie walczy, walczą USA jako państwo i to kierownictwo polityczne wyznacza cele dla swojej armii. I tutaj zaczynają się schody, bo te cele po prostu były nieadekwatne do posiadanych zdolności. Jak powiedział Donald Trump podczas jednej ze swoich konferencji prasowych, „wygraliśmy, zniszczyliśmy ich, ale oni nie chcą tego przyznać, to jest nieuczciwe”. 

Prezydent USA najwyraźniej planował operację podobną do tej przeprowadzonej w Wenezueli. Krótką demonstrację potęgi USA, która po dekapitacji kierownictwa pozwoli Stanom zastraszyć pozostałych członków reżimu i zmusić ich do daleko idących ustępstw, a w najlepszym scenariuszu być może nawet pozwoli na obalenie reżimu i zainstalowanie innego, bardziej przyjaznego wobec USA. Zamiast tego dekapitacja kierownictwa Iranu, którą pierwotnie uznawano za sukces i dowód kompetencji służb specjalnych USA i Izraela, jak się wydaje, z czasem tylko pogorszyła sytuację. Iran okazał się zbudować zdecentralizowaną strukturę dowodzenia, która jest o wiele odporniejsza niż pierwotnie zakładano. Po miesiącu wojny rakiety dalej spadają na Izrael i kraje zatoki Perskiej... ale jednocześnie już zupełnie nie wiadomo, gdzie w Iranie są siły, które byłyby skłonne do porozumienia i z kim w ogóle należy prowadzić jakieś rozmowy. Kto konkretnie miałby podpisać jakieś porozumienie i kto ma autorytet i kompetencje, żeby oddać rozkaz zaprzestania bombardowań irańskim jednostkom? To co pierwotnie wydawało się być sukcesem, który miałby zdestabilizować i zdemoralizować reżim, z czasem wygląda coraz bardziej na porażkę. 

Izraelskie i amerykańskie lotnictwo wzorowo wykonały swoja robotę. Ale co z tego? Wyraźnie widać, że to po prostu za mało nie tylko żeby doprowadzić do upadku reżimu czy zmusić go do kapitulacji, ale nawet, by zmusić Irańczyków do poważnych rozmów z USA. Kampania lotnicza nie jest również w stanie obezwładnić Iranu na tyle, by nie był on w stanie odpalać rakiety na państwa sąsiednie czy uderzać w statki handlowe w cieśninie Ormuz. 

Zablokowanie cieśniny również stało się przykrą niespodzianką dla administracji Trumpa, która najwyraźniej planowała zakończyć wojnę przed tym, jak stanie się to możliwe. Blokada cieśniny destabilizuje gospodarkę światową, podnosząc drastycznie ceny benzyny, produktów ropopochodnych i gazu na całym globie. Donald Trump najpierw podjął próbę umiędzynarodowienia konfliktu poprzez zmuszenie krajów europejskich i azjatyckich do wsparcia Amerykanów w regionie, by wspólne odblokować cieśninę. Jego wezwanie zostało odrzucone, po czym Amerykanie zaczęli stawiać ultimatum, które z kolei zostało odrzucone przez Iran. To prowadzi nas do obecnej sytuacji, w której USA ściągają piechotę morską z różnych zakątków światam grożąc przejęciem kilku wysp w cieśninie po to, by odblokować ją i po to, by wywrzeć presję na reżim irański, przejmując ważną dla irańskiego przemysłu naftowego infrastrukturę. W tym samym czasie kraje europejskie wraz z niektórymi państwami azjatyckimi zaczynają negocjować z Iranem prawo do przejścia przez cieśninę dla tankowców tych państw. 

Na dziś sytuacja wygląda na patową. Kampania lotnicza osiągnęła swoje cele redukując, potencjał irański, ale nie może doprowadzić do zwycięstwa. USA nie mogą powstrzymać Iranu przed bombardowaniem rakietowym krajów zatoki i Izraela, jak również i blokowaniem cieśniny Ormuz. Nie jest też jasne jaki jest status irańskiego programu jądrowego. Stany Zjednoczone wymagają przekazania im wzbogaconego uranu, co Iran stanowczo odrzuca. Sytuacja patowa zbliża nas do kolejnego etapu eskalacji, w której USA mogą zająć wsypy u brzegów Iranu, a ten z kolei może odpowiedzieć bombardowaniem obiektów energetycznych i instalacji oscylujących w krajach arabskich po drugiej stronie zatoki. Z jednej strony pogłębi to kryzys energetyczny, a z drugiej może doprowadzić do ogromnej co do skali katastrofy humanitarnej w regionie. Nie jest przy tym jasne, czy zajęcie tych wysp w czymkolwiek pomoże USA w tej wojnie, ponieważ potencjalnie stawia to amerykańskich Marines w bardzo niebezpiecznej sytuacji. Wyspy tak blisko położone od brzegu mogą być łatwym celem dla uderzeń irańskich rakiet i dronów. Iran może potraktować to jako szansę. Może uważać, że doprowadzi do usunięcia Donalda Trumpa, jeżeli USA zaczną tracić na tych wyspach swoich żołnierzy. Mogą próbować obrócić tę sytuację na swoją korzyść, czyniąc z tych wysp nową „Wyspę Węży” i może to być dla Iranu ważniejsze niż uszkodzenie własnej infrastruktury naftowej i straty finansowe, które może ponieść z tego względu. 

Z punktu widzenia Polski przedłużająca się wojna jest bardzo złą wiadomością. Po pierwsze prowadzi nas ona w stronę fragmentacji i osłabienia NATO, torpeduje odstraszanie sojuszu. Po drugie wojna zużywa bardzo cenne zasoby armii amerykańskiej, takie jak rakiety do systemów OPL Patriot, których nie da się szybko odbudować. Deficyt tych zasobów zagraża nam bezpośrednio, ponieważ nasza obrona przeciwrakietowa opiera się o te pociski. Po trzecie bije to w nas pod względem ekonomicznym, tak jak zresztą w każdy inny kraj europejski. Nie ważne jest więc jakie mamy sympatie czy antypatie, z punktu widzenia interesów Polski zależeć nam musi na szybszym zakończeniu wojny na warunkach, co ze względu na twardą postawę Iranu wydaje się trudne do osiągnięcia. Z drugiej strony jeszcze gorszą opcją dla nas byłoby wzięcie udziału w tej wojnie w jakiejkolwiek formie, nawet symbolicznej. Bo to w dodatku naraziłoby nas na irańskie ataki, tak konwencjonalne, jak i możliwe ataki terrorystyczne. W praktyce oznacza to, że nie możemy w żaden sposób na tę wojnę wpłynąć, nawet gdybyśmy mieli taki zamiar. Co natomiast zrobić możemy? Możemy współpracować z Ukrainą, by walczący z Rosją nasz wschodni sąsiad zadbał o to, by Rosja nie miała po prostu możliwości ani zasobów, aby skorzystać z obecnej sytuacji i żeby w Rosji nie pojawił się pomysł, by wzorem Iranu rozszerzać konflikt horyzontalnie, atakując nas dronami. Jednocześnie należy w ekspresowym tempie budować własną obronę przeciwdronową i budować własny potencjał uderzeniowy, by pokazać Rosji, że jesteśmy gotowi na taki scenariusz.