Celem postkomunistów było w tej kampanii zatarcie historycznych podziałów oraz stworzenie klimatu wyboru przyszłości. W naturalny sposób spychało to na dalszy plan kwestię przeszłości, której byli członkowie PZPR byli symbolem. Kwaśniewski skorzystał z pomocy lewicy na zachodzie, która pomogła mu zatrudnić jako szefa kampanii Jacquesa Séguélę. Paradoksem było to, że w 1989 roku doradzał w wyborach polskiej „Solidarności”. Ale pięć lat później zachodnia lewica uznała, że polski Sojusz Lewicy Demokratycznej zdał test z najszczerszych demokratycznych intencji i w rezultacie, że polscy postkomuniści są najlepszą zaporą przed zwycięstwem nad Wisłą Lecha Wałęsy, dotychczasowego prezydenta, który jawił się w tamtym czasie już jako obrońca konserwatywnych zasad np. blokując aborcję na życzenie.
Séguéla nadał kampanii Kwaśniewskiego nowy, wcześniej nieznany sznyt. Kwaśniewski nosił niebieskie szkła kontaktowe, niebieskie koszule i poddał się bardzo rygorystycznej kuracji odchudzającej. W jego kampanii wykorzystywano kapelę disco polo, a ma jeden z wieców wprowadzono nawet czarnoskórego tancerza.
Kandydatowi SLD sprzyjał też elektorat, który bardzo zniósł zw. transformację, czyli likwidację wielkich zakładów pracy czy też rozwiązanie w trybie nagłym dawnych PGR-ów.
Wszystkie te atuty byłego ministra w rządzie gen. Jaruzelskiego spowodowały, że szanse Lecha Wałęsy na reelekcję, które początkowo oceniano jako bardzo silne zaczęły powoli się osłabiać. Inni kandydaci tacy jak np. Hanna Gronkiewicz-Waltz, Lech Kaczyński, Leszek Moczulski czy Jan Olszewski – podzielili wspólnie elektorat prawicowy tak skutecznie, że szybko stało się jasne, że ostateczna walka odbędzie się pomiędzy Lechem Wałęsą a Aleksandrem Kwaśniewskim.
I w tej sytuacji wysłannicy „Dziennika Bałtyckiego” postanowili sprawdzić jaki był kształt pracy magisterskiej Aleksandra Kwaśniewskiego. Kwaśniewski od lat podawał, że miał wykształcenie wyższe i jak opowiadano potem w gdańskim środowisku dziennikarskim pomysł na przejrzenie jego pracy dającej mu dyplom wynikał bardziej z przekonania, że w tekście magisterium znajdą się jakieś pikantne hołdy młodego działacza ZSMP dla Lenina czy innych sowieckich przywódców, a w ogóle nie zakładano, że takiej pracy może nie być.
I rzeczywiście władze Uniwersytetu Gdańskiego, w którym Aleksander Kwaśniewski studiował w latach 1974-1977 ujawniły dziennikarzom, że praca nie istnieje, gdyż Kwaśniewski zakończył studia bez dopełnienia tego niezbędnego elementu umożliwiającego wydanie mu dyplomu. Wybuchł skandal i Kwaśniewski musiał się gęsto tłumaczyć ze swojego zaniechania. W mało przekonujący sposób tłumaczył, że był przekonany, że ukończenie czterech lat studiów nawet bez dyplomu uprawnia do twierdzeń, że ma wyższe wykształcenie.
W dwóch kolejnych turach wyborów Kwaśniewski zwyciężył nad Lechem Wałęsą. Mógł objąć swój urząd, gdyż w polskim prawie nie ma przepisów nakazujących, by kandydat na urząd prezydenta RP posiadał wykształcenie wyższe. Ścisłe biorąc wymogi są tylko trzy. Kandydat musi mieć ukończone co najmniej 35 lat, musi mieć pełnię praw wyborczych i musi zebrać co najmniej sto tysięcy podpisów od obywateli posiadających prawo wyborcze wybierania kandydata na prezydenta.
Sprawa stała się istotna, gdy część obywateli napisało protest do kolejnych instancji aż dochodząc do decyzji Sądu Najwyższego, w których wskazywano, że kłamstwo w kwestii wykształcenia mogło wprowadzić w błąd wyborców i tym samym należy wybór Kwaśniewskiego unieważnić. Sąd Najwyższy ogłosił w swym werdykcie, że chociaż kłamstwo w sprawie wykształcenia było faktem to jednak kwestia wykształcenia nie wpłynęła na wynik wyborów w decydującym stopniu.
Kwaśniewski po latach albo unikał tego tematu albo wyprzedzająco kajał się za swój błąd z 1995 roku. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” 3 stycznia 1998 r. przeprowadzanym przez Adama Michnika, Agnieszkę Kulik i Piotra Stasińskiego pytany o kwestię magistra – nie próbował się wybielać.
„Czasami człowiek popełnia głupstwa. Ja to głupstwo popełniłem nie w 1995 roku, ale wcześniej. Potem to był taki ciąg, może wstydu, który blokuje człowieka. Czy mogę więcej powiedzieć ponad to, że sam uważam to za głupstwo”. Na kolejne pytanie czy Kwaśniewski wyciągnął z tego naukę i że warto szybko mówić prawdę, odpowiadał: „Myślę, że jeśli chodzi o takie elementarne prawdy – warto szybko powiedzieć prawdę”.
O sprawie szybko zapomniano, gdyż nad nowym prezydentem rozciągnięto szybko swoisty parasol medialny, który czuwał nad jego jak najlepszym wizerunkiem społecznym. Jednak warto odnotować, że już wtedy, gdy wybucha cała afera, pojawiały się głosy, że Kwaśniewski faktycznie miał wyższe studia, ale okoliczności ich zdobycia były tak dla niego niekorzystne, że wolał o nich milczeć. Chodziło o domniemane studia na Wydziale Dziennikarstwa Międzynarodowego na bardzo specyficznej uczelni.
We wrześniu 2024 roku portal Forsal.pl napisał, że Kwaśniewski w 1979 roku został zarekomendowany przez Komitet Centralny PZPR na roczne studia do Moskwy na Moskiewskim Państwowym Instytucie Studiów Międzynarodowych. Według Forsala Kwaśniewski skończył je z powodzeniem i otrzymał dyplom. To tłumaczyłoby też, dlaczego pełniąc funkcję ministra sportu w rządzie Zbigniewa Messnera podawał, że ma wyższe wykształcenie, co wiązało się z wyższym wynagrodzeniem. Faktem jest też, że tygodnik „Nie” Jerzego Urbana zamieścił zdjęcie legitymacji akademickiej Kwaśniewskiego jako studenta w MGIPA (skrót od Maskowskij Gosudarstwiennyj Institut Pamiednunarożnym Adnaszeniam). Jeśli byłaby to prawda to można przyjąć, że lider postkomunistów wolał przyznać się do braku wyższego wykształcenia niż ujawnić, że kończył wyższa szkołę, która w świecie zachodnim miała opinię uczelni ściśle kontrolowanej przez sowieckie tajne służby. Sprawy nigdy nikt do końca nie miał ochoty wyjaśnić. A jedyna pamiątką po całej aferze było złośliwe określenie wykształcenia średniego jako „wykształcenia prezydenckiego”.
Piotr Semka
