08.06.16, 14:02

Amerykańska feministka odkrywa Amerykę

Leah Fessler, która właśnie kończy Middlebury College, jeden z najlepszych (i najdroższych) w USA, podsumowała na portalu Quartz swoje życie seksualne podczas studiów. Jak przystało na dziewczynę z epoki po rewolucji seksualnej, rozpoczynając studia była przekonana, że znajdzie wybranka, który będzie poetyczny,  zaangażowany i wykazujący zrozumienie dla kobiecej anatomii seksualnej.

W collegu jednak natychmiast uległa obowiązującej "kulturze luźnych związków" (hook up culture), co  bardziej potocznie  można przetłumaczyć jako kulturę "przelatywania" bądź "puszczania się". Bo wszyscy tak postępowali, ale przede wszystkim dlatego, że była feministką.  Uwierzyła, że prawdziwa feministka nie tylko chce takich pozbawionych uczuć i zobowiązań związków, ale wręcz w nich rozkwita, a postępowe media głoszą, że dla działalności kobiet wyzwolenie seksualne ma znaczenie fundamentalne.  Fessler zdecydowała się więc "olać" swoje przestarzałe monogamiczne pragnienia, wchodząc w kolejne luźne związki.

Jak przystało na feministkę inicjatywa była po jej stronie. Zaproszenie sms-em do akademika o 10 wieczorem w weekend, dyskusja o filozofii i muzyce, rozmowa o rodzinie i planach życiowych, potem seks. Niby niezobowiązujący, ale potem naznaczony ciągłymi pytaniami: czy mnie lubi? Dlaczego nie sms-ował? Czy ja go lubię?

Z biegiem czasu uświadomiła sobie rozziew między swoim zewnętrznym obrazem zadowolonej, świetnej i lubianej studentki a wewnętrznym życiem naznaczonym paraliżującym niepokojem i depresją, skutkiem niesatysfakcjonujących, emocjonalnie niszczących doświadczeń seksualnych. Jak się okazało, koleżanki "miały tak samo". Dlatego w pracy licencjackiej przebadała to zjawisko.

Przeprowadziła 75 wywiadów i przeanalizowała 300 internetowych ankiet. W wywiadach 100 % kobiet wyraziło zdecydowane preferencje dla zaangażowanych, stałych związków. Wśród ankietowanych kobiet będących w luźnych pseudo-związkach tylko 8% stwierdziło, że są w nich szczęśliwe. Większość stosowała się do "reguł gry", choć prawie  żadnej nie przynosiło to zadowolenia, bo pragnęły miłości i stabilności.

Nie ma nic wyzwalającego w pozbawionym uczuć, niezobowiązującym seksie - podsumowuje swoje doświadczenie i badania Fessler -  w ten sposób tylko utrwalamy męską dominację przekonując się, że działamy jak postępowe feministki. To nielogiczne oddzielać uczucia od seksu, bo bez uczuć nie daje on przyjemności - stwierdza - dlatego edukacja seksualna powinna być nakierowana bardziej na przyjemność (pleasure-centric).

Wnioski Fessler są równie odkrywcze co powierzchowne, ale widać wyraźny postęp. Może przy okazji pracy magisterskiej zauważy, że chodzi o coś więcej niż przyjemność, a w doktoracie doceni zalety  małżeństwa?

Grzegorz Strzemecki