02.07.17, 10:30screenshot TVP Info

Co będzie z HGW? Prof. Piotr Wawrzyk dla Frondy

Joanna Jaszczuk, Fronda.pl: Prezydent Warszawy konsekwentnie odmawia stawienia się przed Komisją Weryfikacyjną do spraw reprywatyzacji, twierdząc, że działalność tego organu jest niezgodna z Konstytucją. Zamiast tego, organizuje konferencje prasowe, a na portalach społecznościowych wydaje oświadczenia. Czy to wystarczy, aby się wybronić, czy też jest to wyłącznie pogarszanie swojej sytuacji?

Dr hab. Piotr Wawrzyk, Uniwersytet Warszawski: Biorąc pod uwagę to, co mówią byli urzędnicy Ratusza, pani prezydent powinna na to jakoś odpowiedzieć. Nawet nie „jakoś”, ale w sposób równoważny. Byli współpracownicy zeznają pod przysięgą, muszą więc liczyć się z tym, że jeżeli będą mówić nieprawdę, czekają ich za to konsekwencje. Pani prezydent nie zeznaje natomiast pod przysięgą, tylko odnosi się do sprawy na konferencjach prasowych. Inaczej mówiąc, gdyby mówiła nieprawdę, nie grożą jej żadne konsekwencje. Nie mamy tu do czynienia ze „słowem przeciwko słowu”. Mamy do czynienia z zeznaniem świadka pod przysięgą na komisji, a z drugiej strony- zwykłą wypowiedzią na konferencji prasowej, która mogłaby równie dobrze pojawić się w rozmowie z kolegą czy koleżanką. W ten sposób pani prezydent niejako sama, na własne życzenie, stawia się w gorszej sytuacji, ponieważ jej zdanie, formalnie rzecz biorąc, nie jest równoważne do zdania jej byłych urzędników. Oni zeznają pod przysięgą, natomiast pani prezydent tego unika, tym samym stawiając się w gorszej sytuacji.

Jak możemy oceniać to, co usłyszeliśmy od byłego dyrektora BGN, który zeznawał wczoraj przed komisją?

Jeżeli prawdą jest to, co mówili byli urzędnicy Ratusza, to wszystkie dotychczasowe tłumaczenia pani prezydent stoją pod znakiem zapytania. Okazuje się bowiem, że było całkiem inaczej, niż pani prezydent mówiła, choć oczywiście pod warunkiem, że jej byli współpracownicy powiedzieli przed komisją prawdę. I jeżeli tak było, to prezydent Warszawy tym bardziej powinna pojawić się przed komisją, aby oficjalnie, a nie w enuncjacjach medialnych, przedstawić swoją wersję wydarzeń, ponieważ obraz, który się wyłania, jest jeszcze gorszy, niż ten, który znaliśmy do tej pory. Jeszcze większy skandal. Jeszcze większa afera, z pełnym umocowaniem tego wszystkiego przez panią prezydent i jej zastępców.

Kiedy przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej nałożył na prezydent Warszawy karę grzywny, Hanna Gronkiewicz-Waltz stwierdziła w kolejnym oświadczeniu opublikowanym na Facebooku, że wiceminister Patryk Jaki chce ją karać za przestrzeganie prawa. W obronie prezydent Warszawy stają koledzy z Platformy Obywatelskiej, wśród tej części opozycji dominuje narracja, że komisja została powołana nie po to, aby zbadać sprawę dzikiej reprywatyzacji w Warszawie, ale dlatego, że „PiS nie ma szans na wygraną w samorządach, zwłaszcza w stolicy”. Nawet, jeżeli uprzeć się, że Komisja Weryfikacyjna jest „pisowska”, to przecież pani prezydent Warszawy ma przeciwko sobie także działaczy ruchów lokatorskich czy ruchów miejskich, których przeważnie trudno „posądzić” o sympatie wobec PiS.

Przede wszystkim prezydent Warszawy sama wyrządza sobie w ten sposób krzywdę. Najpierw tym, że albo zatwierdzała wszystko to, czego nie powinna, albo po prostu nie panowała nad tym, co działo się w jej urzędzie. Teraz natomiast sama wyrządza sobie krzywdę tym, że nie stawia się przed komisją i nie potrafi w sposób formalno-prawny przedstawić swojego stanowiska. Co więcej, opinia publiczna po prostu domaga się wyjaśnienia tych spraw. Nie może być bowiem tak, że niektórzy są ponad prawem i uznają, że w takiej sytuacji nie stawią się przed komisją czy innym organem uprawnionym do zbadania tego rodzaju spraw. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy pani prezydent wzywa jakiegoś mieszkańca Warszawy przed urzędnikiem któregoś z wydziału ratusza, na co mieszkaniec odpowiedziałby: „Nie stawię się, ponieważ uważam, że ratusz jest niekonstytucyjny”. Jak zareaguje ratusz? Ukarze tego obywatela. W podobny sposób postąpiła wczoraj pani prezydent. A przecież jest to normalna procedura w państwie demokratycznym. Platforma Obywatelska uważa, że komisja jest niekonstytucyjna, ale do Trybunału Konstytucyjnego jakoś nie wpłynął żaden wniosek o stwierdzenie jej niekonstytucyjności. Mało tego, PO oddelegowała swojego członka do tej „niekonstytucyjnej” komisji. Jeżeli Platforma uważa, że komisja jest niezgodna z Konstytucją, to zamiast delegować do niej swojego posła, powinna złożyć wniosek do Trybunału Konstytucyjnego. Postępując w taki sposób PO jest po prostu niekonsekwentna.

Pomówmy o odpowiedzialności pani prezydent. Za wcześnie oczywiście, by mówić o odpowiedzialności karnej, jednak wielu komentatorów podkreśla, że Hanna Gronkiewicz-Waltz na pewno powinna ponieść odpowiedzialność polityczną, czyli podać się do dymisji. Takiego zamiaru pani prezydent jednak nie ma, deklaruje jedynie, że w następnych wyborach samorządowych nie będzie ponownie kandydowała na stanowisko prezydenta Warszawy
Odpowiedzialność polityczna powinna zapaść już dawno, biorąc pod uwagę sytuacje, co do których już wiemy, że miały miejsce w urzędzie kierowanym przez panią Hannę Gronkiewicz-Waltz, niezależnie od zeznań byłych urzędników ratusza przed Komisją Weryfikacyjną. W każdej dojrzałej demokracji pani prezydent powinna po czymś takim od razu podać się do dymisji. I nie byłoby miejsca na tłumaczenia, czy „wiedziała”, czy „nie wiedziała”, ponieważ każdy szef jednostki poniesie odpowiedzialność za swoich pracowników i za wszelkie decyzje. Nie ma znaczenia, czy wiedział o czymś, czy nie wiedział. W każdym kraju Europy Zachodniej, pani prezydent dawno podałaby się do dymisji albo zostałaby do tego zmuszona przez swoją własną partię.
Natomiast o ewentualnej odpowiedzialności karnej zadecyduje oczywiście prokuratura i sąd.

Jak Pan podkreślił, Hanna Gronkiewicz-Waltz nie poniosła jak dotąd odpowiedzialności politycznej. Kiedy jednak wokół sprawy reprywatyzacji zaczęło robić się „gorąco”, pani prezydent obciążyła winą i zdymisjonowała jedynie swoich zastępców, potem powołała nowych i postępowała, jak gdyby nic się nie stało. Czy to na pewno wystarczy?

Kto nadzorował pracę tych zastępców? Kto powołał ich na te funkcje? W takiej sytuacji trzeba umieć przyznać się do błędu. W Europie Zachodniej były podobne przypadki, nigdy nie dochodziło jednak do sytuacji, gdy odwoływano wyłącznie urzędników, podczas gdy szef danego resortu czy urzędu nie odchodził ze swojego stanowiska. To standard dojrzałej, rozwiniętej demokracji. U nas natomiast, jak widać, takiego standardu, na razie nie ma. Zwłaszcza w Platformie Obywatelskiej, ponieważ nie jest to jedyny taki przypadek w tej partii. Nie dalej jak trzy lata temu mieliśmy polityków nagranych w restauracji „Sowa i Przyjaciele”, którzy zostali awansowani: np. Radosław Sikorski z ministra spraw zagranicznych stał się de facto drugą osobą w państwie, ponieważ awansował na marszałka Sejmu. Platformie Obywatelskiej brakuje tych standardów dojrzałej demokracji, odpowiedzialności za słowa, czyny, decyzje, umiejętności odejścia ze stanowiska, kiedy zostało się, mówiąc kolokwialnie, „przyłapanym” na czymś nagannym. Jeżeli szwedzka minister podaje się do dymisji za to, że zapłaciła z publicznych pieniędzy za batonik w supermarkecie, a w Polsce dochodzi do tego rodzaju sytuacji i polityk kierująca urzędem, w którym miało to miejsce, nie ponosi tego rodzaju odpowiedzialności i dymisjonuje jedynie swoich urzędników, to jaka jest skala porównawcza?

Bardzo dziękuję za rozmowę.