24.10.18, 19:45

Ks. Henryk Zieliński: Nie czyńmy z księży świętych za życia

Fresk, który można oglądać w renesansowej bazylice Świętego Krzyża we Florencji nie mógłby chyba powstać w żadnej ze współczesnych świątyń. Jedni uznaliby go za ksenofobiczny, drudzy za skrajnie antyklerykalny i bluźnierczy. Wśród ludzi zapełniających piekło, takich jak kurtyzany, złodzieje i pospolici grzesznicy, artysta umieścił również inne postacie. W drugim rzędzie stoją mężowie w charakterystycznych turbanach na głowach – to bezpośrednie nawiązanie do islamskiej inwazji na Europę. Wówczas to było normalne, że najeźdźców umieszczano wśród potępionych. Jednak w pierwszym szeregu, między strasznymi demonami, wyłaniają się z czeluści osoby w biskupich mitrach, kardynalskich kapeluszach, w królewskich koronach, a nawet ktoś z papieskiej tiarze. Twarze niektórych zdradzają podobieństwo do żyjących wówczas hierarchów i władców. To wszystko w katolickiej świątyni, a nie w antyklerykalnym szmatławcu!

W sztuce chrześcijańskiej schyłku średniowiecza i początku odrodzenia przedstawianie osób duchownych wśród skazanych na męki piekielne nie należało do rzadkości. Żeby się o tym przekonać, nie trzeba nawet jechać do Florencji ani czytać „Boską komedię” Dantego. Wystarczy udać się choćby do Gdańska i uważnie przyjrzeć się obrazowi Hansa Memlinga „Sąd ostateczny”. Na prawym jego skrzydle, wśród postaci cierpiących męki w ogniach piekielnych, zauważamy na pierwszym planie dwóch mężczyzn z tonsurami – charakterystycznym wygoleniem głowy. A przecież tonsury tej wielkości aż do Soboru Watykańskiego II nosili nawet nie zwykli księża, tylko zakonnicy i biskupi. To prawda, że obraz został pierwotnie stworzony przez niderlandzkiego malarza w latach 1467-1471 dla jednego z florenckich kościołów. Kiedy jednak dziwnym trafem znalazł się w Gdańsku, tamtejsza hierarchia (była to wówczas diecezja włocławska) nie stawiała przeszkód, żeby go umieścić w Bazylice Mariackiej. Przykładów takich przedstawień, które ilustrują prawdę, że przed Chrystusowym sądem nikt nie może liczyć na specjalne traktowanie ze względu na swoją godność w Kościele czy w państwie, jest wiele. W czasach, kiedy niepiśmiennemu ludowi przybliżano historię zbawienia i prawdy wiary chrześcijańskiej za pomocą kazań i obrazów (Biblia pauperum), nie było obaw, że ktoś pod wpływem takich malowideł utraci wiarę. Przeciwnie, one miały wiarę budować. Ale wiarę w Boga, a nie w człowieka, choćby wysoko postawionego w Kościele.

Podczas rekolekcji odprawianych z księżmi często zatrzymujemy się nad fragmentem Nowego Testamentu opisującym działalność świętych Pawła i Barnaby w Listrze (por. Dz 14,8-20). Po cudownym uzdrowieniu człowieka o bezwładnych nogach lud okrzyknął Pawła i Barnabę bogami. Apostołowie ledwie powstrzymali lud od złożenia im ofiary i innych aktów uwielbienia, przekonując, że są zwykłymi ludźmi, podlegającymi cierpieniom. A przecież mogli nie bronić się przed tym ubóstwieniem. Mogli czerpać profity z duszpasterskich sukcesów i może nawet uniknąć kamienowania, które potem nastąpiło. Pokusa była wielka. Ale czy byliby wtedy apostołami Chrystusa, czy funkcjonariuszami pogańskich wierzeń, żerującymi na ludzkiej naiwności? W imię prawdy o Bogu, o Jego świętości i miłosierdziu apostoł Paweł nie cofał się przed umniejszaniem siebie. Z mocą głosił Chrystusa, mimo że publicznie uznawał siebie za niegodnego nazywać się apostołem.

Rozróżnienie między świętością Boga, w którego wierzymy, a mniejszą czy większą grzesznością duchowieństwa w Kościele jest konieczne również dzisiaj. Nie tyle nawet ze względów taktycznych, kiedy źle się wokół duchowieństwa dzieje. Ale nade wszystko ze względów doktrynalnych – bo taka jest prawda. Kościół nie może bronić mitu o świętości swoich kapłanów, biskupów czy nawet papieża już za ich życia z taką samą powagą, z jaką ma głosić prawdę o świętości Boga. Nie można mylić sutanny z ewangeliczną szatą godową ani piuski z aureolą! To prawda, że wielu duchownych zostaje uroczyście włączonych w poczet świętych, ale dopiero po śmierci. Dopóki to nie nastąpi, nasza świętość nie jest prawdą wiary i grzechem byłoby się przy niej upierać.

Uroczystość Wszystkich Świętych i następujący po niej Dzień Zaduszny to dobry moment, żeby spojrzeć na siebie z właściwej perspektywy. Dziękujmy Bogu za świętych, których nam dał, i starajmy się wypełnić nasze osobiste powołanie do świętości. Ale nie ubóstwiajmy ludzi za życia, bo może to im i nam zaszkodzić.

Ks. Henryk Zieliński

Idziemy nr 43 (681), 28 października 2018 r.