10.12.14, 17:24Carlos Alberto Libânio Christo (Frei Betto), Oscar Arnulfo Romero i Gustavo Gutiérrez

Powrót rewolucjonistów w habitach

Ogłoszona w drodze z Korei Południowej do Watykanu papieska zapowiedź przyspieszenia procesu beatyfikacyjnego arcybiskupa Oscara Arnulfo Romero z Salwadoru – zamordowanego blisko 25 lat temu przez „obrońców tradycyjnego porządku" – ożywia w środowiskach zmęczonych brakiem „elastyczności" Kościoła nadzieje na rychłe w nim zmiany. W Polsce wyrazem tych nadziei były chociażby dwa teksty Macieja Stasińskiego na łamach „Gazety Wyborczej" („Bóg ma serce po lewej stronie" z 15 sierpnia 2014 r. oraz „Papież Franciszek chce beatyfikacji salwadorskiego męczennika" z 20 sierpnia 2014 r.).

Fundamentalna przeszkoda

Arcybiskup Romero to ikona teologii wyzwolenia – ruchu w Kościele, szczególnie rozpowszechnionego w Ameryce Łacińskiej, próbującego godzić chrześcijaństwo z lewicowością i krytykowanego przez watykańską Kongregację Doktryny Wiary. Franciszek od jakiegoś czasu wysyła sygnały, które mogą świadczyć o tym, że Stolica Apostolska gotowa jest ten nurt zrehabilitować. W ciągu ostatniego roku papież spotkał się z ojcami założycielami teologii wyzwolenia, dominikanami: Gustavo Gutierrezem z Peru i Carlosem Albertem Libânio Christo z Brazylii, znanym tam powszechnie jako Frei (brat) Betto.

Wobec perspektywy przywrócenia przedstawicielom tego nurtu „praw obywatelskich" w Kościele także Kościół w Polsce nie może już odkładać działań, które stanowiłyby poszukiwanie korekt obecnego modelu duszpasterstwa. Aby jednak nie rodziło to nowych podziałów, musi zostać usunięta fundamentalna przeszkoda. Jest nią przekonanie ogromnej większości polskich katolików interesujących się swoim Kościołem, że teologowie wyzwolenia sympatyzowali z jego prześladowcą, jakim był obóz sowiecki. Tymczasem znacząca część wiernych Kościoła w Polsce to osoby ubogie i zmarginalizowane. Takich ludzi teologia wyzwolenia nakazuje stawiać w centrum swojej uwagi. W Polsce są oni zorganizowani wokół Radia Maryja, które oceny komunizmu nie złagodzi. Odcięcie się zatem od starych, także prosowieckich, sympatii dodałoby wiarygodności rzecznikom zmian.

A teologowie wyzwolenia mają się od czego odcinać. „Jeżeli nie dostrzegasz gwiazdy w ciemności, nie jest to wina gwiazdy, a twoja. Jest osobowością większą niż cała wyspa" – tak o Fidelu Castro wypowiedział się ojciec Gutierrez. Po „pielgrzymce" teologów wyzwolenia do ZSRR w 1987 roku organ prasowy KC PZPR „Trybuna Ludu" relacjonował wypowiedź innego „ojca założyciela", franciszkanina (byłego już) Leonardo Boffa, że łatwiej jest być chrześcijaninem w Związku Radzieckim niż w kapitalizmie. Podobnie jak zachodni intelektualiści w latach 30. mówił on, że w ZSRR znalazł „foremne i zdrowe społeczeństwo", a tamtejsze władze miały być, jego zdaniem, wysoce etyczne i moralnie czyste. Oświadczył też, że nie stwierdził w obozie komunistycznym żadnych ograniczeń dla wolności słowa.

Z kolei brat Betto po przeprowadzeniu sławetnego w swoim czasie wywiadu rzeki z Fidelem Castro, promowanego także w komunistycznej Polsce pod tytułem „Fidel a religia", pisał: „Pewność, że trzymam w ręku materiał niezwykły, wielkiej wagi międzynarodowej i historycznej, sprawia, że czuję się mały, jakbym dźwigał ciężar ponad moje siły. Ogarnia mnie braterski podziw dla Fidela i pogrążam się w milczącej, pochwalnej modlitwie".

Wiedział, co czynił

Nie ma tu miejsca, by szczegółowo omówić stosunek wszystkich teologów wyzwolenia do bloku sowieckiego. Przyjrzyjmy się tylko postaci brata Betto, albowiem dwukrotnie odwiedził on PRL, w roku 1987 był organizatorem spektakularnej wizyty teologów wyzwolenia w ZSRR uwiarygodniającej schyłkowy komunizm Gorbaczowa wobec zachodniej lewicy, a niedawno odbył nagłośnione przez dziennik watykański „L'Osservatore Romano" spotkanie z papieżem, przynaglając go do wdrożenia zmian w Kościele.

W wywiadzie z Castro brat Betto nie zadał mu żadnego trudnego pytania. Bezkrytycznie pozwalał dyktatorowi wbrew faktom zapewniać czytelnika o swoich sympatiach do chrześcijaństwa. To krótkie otwarcie się Castro na religię było motywowane próbą zniesienia bariery w eksporcie do – bądź co bądź katolickich – krajów latynoamerykańskich rewolucji kubańskiej, jaką był ateizm. Dla uwiarygodnienia zwrotu wobec religii potrzebny był dyktatorowi wiarygodny interlokutor, a brat Betto przyjął tę rolę. Nie był jednak leninowskim „pożytecznym idiotą", bo wiedział, co czynił.

Wbrew zaprzeczeniom wiele wskazuje na to, że Watykan prawidłowo rozumiał nadzieje teologów wyzwolenia na eksport rewolucji kubańskiej do całej Ameryki Łacińskiej. Uważali oni, iż przyniesie ona zmianę na lepsze w porównaniu z rządami zdeprawowanych elit o peryferyjnej mentalności, bardziej identyfikujących się z zachodnimi metropoliami niż ze swoimi narodami. Jan Paweł II z własnego doświadczenia wiedział, że byłoby to leczenie tyfusu cholerą – w więzieniach jednych torturowanych mieli zastąpić inni. W imię drogich mu wartości brat Betto akceptował przemoc.

Pierwszy raz zakonnik odwiedził PRL na zaproszenie czynników oficjalnych w roku 1986, jeszcze przed amnestią dla więźniów politycznych. Ten gest braku solidarności z represjowanymi przez Wojciecha Jaruzelskiego działaczami opozycji, w tym z wieloma katolikami, w przypadku byłego więźnia politycznego junty brazylijskiej musi wprawiać w konsternację. W czasie swojego pobytu nie spotkał się on z przedstawicielami  Kościoła w Polsce, ale omawiał w powołanym do jego nadzoru Głównym Urzędzie do spraw Wyznań perspektywy „dialogu" katolików z „marksistami".

Drugi raz odwiedził PRL jesienią 1987 roku. Udzielił obszernego wywiadu „Trybunie Ludu", w którym „dialogował" o współpracy katolików z „lewicą". W kraju, w którym władze traktowały Kościół jako oficjalnego wroga, a żaden duchowny nie mógł liczyć na jakąkolwiek publikację w państwowych mediach, było to bardzo bolesne zerwanie wspólnoty kościelnej.

Prosowieckie poglądy brata Betto można jednak jeśli nie usprawiedliwiać, to przynajmniej zrozumieć. Jako dwudziestolatek, nim zdołał się czegokolwiek dowiedzieć o świecie i komunizmie, za działalność w opozycyjnym związku katolickich studentów spędził rok w więzieniu, poznając „sprawiedliwość" brutalnej dyktatury deklarującej obronę tradycyjnego porządku. Wstąpił do dominikanów, ale za ukrywanie opozycjonistów został skazany na cztery lata więzienia. Po wyjściu z niego nadal angażował się po stronie biedoty, której ubóstwo i idące za nią prymitywne warunki życia materialnego i duchowego wstrząsają tak wielu sumieniami. Te wybory życiowe muszą budzić szacunek, bo szukał ewangelicznej prawdy z narażeniem swojego osobistego bezpieczeństwa. Czy może dziwić, że młody chłopak przyjął nieobcą i nam zasadę „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem"? Zasada ta jest uszczegółowieniem generalnej reguły „cel uświęca środki" – mało ewangelicznej, ale kilka razy nawet papieżom zdarzyło się ją stosować. Jeśli, katoliku, jesteś bez grzechu, rzuć w brazylijskiego dominikanina kamieniem.

Powyższym zdaniem można zakończyć „proces", wytoczony wyżej przeze mnie bratu Betto, gdyby nie jego i innych teologów wyzwolenia aspiracje do wpływania na kierunek, którym dziś Kościół ma podążać. W wypowiedziach sprzed kilku lat, zamieszczonych w książce Artura Domosławskiego „Gorączka latynoamerykańska", duchowny ten raczej szuka alibi dla swoich błędów lub w ogóle idzie w zaparte, niż podejmuje odważną próbę zmierzenia się z nimi. Wydaje się, iż jest on mniej skory do weryfikacji swoich poglądów niż nasi rodzimi spadkobiercy realnego socjalizmu. Jeszcze niedawno uwiarygodniał swoją obecnością organizowaną przez reżim kubański szopkę z okazji rocznicy przyjęcia powszechnej deklaracji praw człowieka, a więc praw jakże bliskich sercu braci Fidela i Raula Castro.

Niestety, nie słychać, by papież Franciszek wymagał od osób, które odwołał „z zesłania", przeprowadzenia rachunku sumienia. Wynikać to może z braku europejskich doświadczeń. Jego poprzednikom zarzucano zbytnie kierowanie się nimi. Może to wynika też z faktu, iż sam Franciszek nie zajął w przeszłości „konfrontacyjnego" stanowiska wobec junty argentyńskiej, gdy był w swojej ojczyźnie prowincjałem jezuitów, więc jemu osobiście trudno się domagać od innych takiego stanowiska wobec Fidela Castro. Niejednoznaczność ta zwiększa ryzyko, iż teologia wyzwolenia, zamiast ofiarować Kościołowi to, co w niej najlepsze (a co zasłużyło na akceptację Jana Pawła II wyrażoną w liście do episkopatu Brazylii z 1986 roku), może prowadzić do podziałów.

Chodzi o podziały przypominające formą te, które zarysowały się za pontyfikatu Benedykta XVI, kiedy to kurs tego papieża spotykał się z kontestacją zwolenników zmian. Tyle że teraz kontestatorami byliby przeciwnicy kierunku przyjętego przez Franciszka. Ich przedsmakiem była natychmiastowa interwencja arcybiskupa Limy i prymasa Peru kardynała Juana Luisa Ciprianiego, związanego z Opus Dei, który po przyjęciu ojca Gutierreza przez Franciszka publicznie zażądał, by dominikanin, skoro pojawił się w samym centrum Kościoła, odwołał swoje poglądy.

Wypowiedzi tej nie należy bagatelizować – faktycznie była to krytyka wymierzona w papieża za to, że sam Franciszek nie zażądał od ojca Gutierreza odwołania poglądów jeszcze przed spotkaniem. Innymi słowy, było to publiczne ostrzeżenie Ojca Świętego, że nie wszystkie jego propozycje przejdą. Błędem ze strony sympatyków Franciszka byłoby nieodniesienie się do stanowiska kardynała Ciprianiego, „bo to konserwatysta i członek Opus Dei". Wyraził on bowiem stanowisko wielu katolików niezwiązanych z Dziełem.

Nie trzeba bowiem być konserwatystą, by kierować się ostrożnością wobec często podtrzymywanych jeszcze dziś afiliacji teologów wyzwolenia. Udział księży w dyktaturze sandinistowskiej w Nikaragui był powszechnie w tych środowiskach akceptowany. Tak o nich mówił brat Betto: „Po raz pierwszy w historii chrześcijanie kierujący się swoją wiarą aktywnie uczestniczyli w walce powstańczej wspierani przez swoich duszpasterzy".

[koniec_strony]

Jak Ściegienny 
i Popiełuszko

Długoletni duszpasterz w Brazylii i sympatyk teologii wyzwolenia, werbista ojciec Andrzej Pietrzak w wywiadzie dla kwartalnika „Nowy Obywatel" (nr 11/2013) sugeruje polskiemu obserwatorowi, by na zaangażowanie takich duchownych, jak brat Betto czy ojciec Gutierrez, w tym na walkę z „prawicowymi dyktaturami" spojrzeć tak jak na księży wspierających polskie powstania narodowe – w szczególności księdza Piotra Ściegiennego, którego patriotyzm miał głęboki rys chłopski i antyszlachecki. Nieeksponowaną prawdą jest jednak to, że wysoka hierarchia kościelna zazwyczaj krzywym okiem patrzyła na takie zaangażowanie szeregowych kapłanów, począwszy właśnie od księdza Ściegiennego, a skończywszy na duszpasterzu ludzi pracy, błogosławionym księdzu Jerzym Popiełuszce.

Przyczyny tej nieufności były złożone. Jedną z nich stanowiła obawa przed ryzykiem ewolucji na pozycje uzasadniające co najmniej bierność wobec używania przemocy. Tak właśnie się stało w przypadku księdza Sylwestra Zycha, duszpasterza grupy młodych konspiratorów, którzy zastrzelili w stanie wojennym funkcjonariusza reżimu. Ojciec Boff na pytanie o przemoc rewolucyjną w ojczyźnie arcybiskupa Romero odpowiedział: „Jest ona naturalna: to sytuacja skrajna, 14 rodzin dysponuje dwiema trzecimi bogactw narodowych. Nędza, zwierzęcy gniew. Trzeba zrozumieć". Zrozumieć – tak, ale czy usprawiedliwić?

To właśnie te obawy przede wszystkim sprowokowały Watykan do interwencji. Nie z powodu teologicznego eksperymentowania, lecz przede wszystkim dlatego, że eksperyment ten usprawiedliwił w oczach wielu wzięcie broni do ręki. Watykan więc napiętnował teologię wyzwolenia. W rozmowie z Castro brat Betto wręcz określa siebie jako marksistę-leninistę. Jakże Watykan mógł się nie niepokoić takim oto posługiwaniem się Pismem Świętym przez teologów wyzwolenia: „Jezus powiedział też, że powinniśmy kochać naszych nieprzyjaciół. I nie ma większej miłości do ciemięzcy, niż odebranie mu możliwości uciskania innych"? To nie w przebaczeniu, lecz w przemocy ma się przejawiać ewangeliczna miłość do drugiego człowieka. Zdumiewa, z jaką łatwością lewicy katolickiej przyszło przyjęcie mentalności „prawicowej" inkwizycji, która uzasadniała dobrem człowieka przemoc użytą dla powstrzymania go od grzechu.

Zdystansowanie się wobec swojej przeszłości utrudniają emocje. Ich przyczyną był sposób wdrożenia w latach 80. instrukcji Watykanu w sprawie teologii wyzwolenia. W Kościele, jak w każdej hierarchicznej instytucji, istnieje problem z wrażliwością w wykonywaniu rozkazów dotyczących rzeczywistości, której złożoności oddalone centrum dowodzenia nie dostrzega. Wbrew wielu pochwałom, nakazującym odczytać watykańskie dokumenty jako przycinanie krzewu, a nie jego wykorzenienie, wielu nadgorliwców potraktowało stanowisko Kongregacji Doktryny Wiary jako wyrok śmierci na teologię wyzwolenia i przystąpiło do egzekucji. Nie tylko „ojcom założycielom", ale też wielu wiernym wspólnot podstawowych (które zaczęły się tworzyć pod wpływem Soboru Watykańskiego jako nowe formy życia parafialnego) odmawiano intencji katolickiej w poszukiwaniu Boga, nawet jeżeli czasem na błędnych drogach. Może właśnie te upokorzenia utrudniły większości teologów wyzwolenia pójście w ślady brata Leonarda Boffa, serwity ojca Clodovisa Boffa, który jako jeden z nielicznych duchownych swoje przeszłe poglądy poddał krytycznej weryfikacji.

Może odwagi w ocenie szkód, jakie poczynili, dodałby przedstawicielom tego ruchu krytyczny namysł ich adwersarzy nad negatywnymi skutkami twardej linii Watykanu, nawet jeśli bilans zysków i strat takiej linii oceniają pozytywnie. Czy wyhamowanie rozwoju wspólnot podstawowych, które były autentyczną odpowiedzią na zanik poczucia wspólnoty kościelnej, nie stworzyło pustki, dziś wypełnianej przez napływające z USA kościoły protestanckie? W niektórych krajach latynoamerykańskich już do 30 proc. katolików poszło za „teologią sukcesu" tych właśnie związków wyznaniowych. Czy więc nie było tak, że obaj poprzednicy Franciszka mieli pomysł, jak powstrzymać Kościół przed wejściem na drogę prowadzącą, w przypadku ruchów rewolucyjnych, do zaprzeczenia jego misji, ale sami nie mieli pomysłu, co w zamian temu Kościołowi zaproponować?

Dziś refleksja (pyrrusowych?) zwycięzców nad tą porażką byłaby ważnym krokiem ku zaprzestaniu podejrzliwego wzajemnego obserwowania się kościelnych frakcji i przystąpieniu do braterskiej rozmowy o tym, co robić, skoro w obliczu obecnego więdnięcia Kościoła żaden z nurtów nie może być uczciwie pewny swoich diagnoz i recept. Ponadto ci, którzy oczekują zajęcia przez teologów latynoamerykańskich jasnego stanowiska wobec dyktatur komunistycznych, powinni mieć na uwadze „skomplikowane" stanowisko Jana Pawła II wobec prawicowych dyktatur. Jeśli rozumiemy powody takiego postępowania papieża Polaka, to przy wszystkich zastrzeżeniach wypada mieć dużo cierpliwości dla niejednoznacznych wypowiedzi teologów wyzwolenia dotyczących realnego socjalizmu.

Bardzo dużo zależy od znalezienia wspólnego języka pomiędzy dwoma różnymi doświadczeniami. Problem kapitalnie ilustruje rozmowa między kardynałem Josephem Ratzingerem a ojcem Boffem, przywołana przez Andrzeja Kowzana w książce „Joseph Ratzinger. Gra szklanych paciorków", która w 1985 roku odbyła się w przerwie sesji Kongregacji Doktryny Wiary badającej ortodoksyjność poglądów Brazylijczyka. „Ratzinger: – Habit wygląda na ojcu doskonale. To również sygnał dla świata (...). Widząc ojca w tym habicie, ludzie dostrzegają oddanie i cierpliwość. Rozumieją, że pokutujecie za grzechy świata. Boff: – Świat niewątpliwie potrzebuje znaków świadczących o istnieniu innej rzeczywistości, ale to nie habit jest takim sygnałem, lecz ludzkie serce. Ratzinger: – Serca nikt nie widzi, a ludzie muszą coś zobaczyć. Boff: – Tak, ale habit jest sygnałem siły. Gdy wsiadam do autobusu, ludzie ustępują mi miejsca, mówiąc: siadaj, ojcze, a przecież to my powinniśmy być sługami".

W obronie życia i kobiet

W Europie na ulicy nikt już nie okazuje szacunku sutannie, obaj więc mieli rację, każdy zanurzony w innej rzeczywistości. Nie pomijając wielu ważnych różnic, da się też odnaleźć kilka punktów wspólnych, od których można rozpocząć budowanie zaufania w Kościele.

W wywiadzie udzielonym Arturowi Domosławskiemu dla „Polityki" po wyborze Franciszka brat Betto o Janie Pawle II wyrażał się z szacunkiem, zwracając uwagę, iż wprawdzie głowę miał po prawej stronie, ale serce z lewej. Doktrynalnie konserwatywny w sprawach społecznych papież o neoliberalizmie, międzynarodowej finansjerze, akumulacji bogactwa w rękach nielicznych i niesprawiedliwej redystrybucji mówił podobnie jak teologowie wyzwolenia. I to brat Betto docenił.

W wywiadzie rzece z Castro jedyna sprawa, w której nie przyjął punktu widzenia dyktatora, to encyklika Pawła VI „Humanae vitae" o świętości życia ludzkiego. Za przejaw neokolonializmu uznał finansowanie z zachodnich środków pomocowych dla służby zdrowia aborcji u kobiet z dołów społecznych: „Kobieta idzie tam (tj. do ośrodka zdrowia) z bólem głowy spowodowanym ciążą, a natychmiast jej się proponuje przerwanie ciąży".

W innym miejscu zwracał uwagę, że rugowanie historii z edukacji ma na celu łatwiejsze rządzenie przez neoliberalny establishment pozbawionymi pamięci o swojej przeszłości biednymi. Kilka lat po upadku muru berlińskiego, kiedy Kościół w Polsce święcił jeszcze triumfalnie koniec historii, brat Betto wygłosił taką oto ocenę także polskiej teologii: „Zgubiwszy swoje odniesienie do świata ubogich, znowu musi stawić czoła modernizacji pozostającej w zgodzie z optyką Nietzschego. I nie wie już, do kogo skierować swój dyskurs. Wszystko wskazuje na to, że wkrótce kryzys ogarnie również teologię, która na wschodzie Europy podjęła krytykę socjalizmu, a jednocześnie głosiła apologię wolności możliwej (rzekomo) do osiągnięcia w krajach kapitalistycznych. Obecnie fala konsumpcjonizmu, na nowo przynosząc ze sobą zapowiedź nierówności społecznych i całkowitego permisywizmu, już zaczyna niepokoić tych, co zawsze wierzyli, iż Zachód jest chrześcijański".

Z perspektywy prawie 20 lat od wygłoszenia tego proroctwa i faktycznej akceptacji Kościoła w Polsce dla transformacji gospodarczej, której jaskrawą konsekwencją jest na przykład cicha katastrofa duszpasterstw ludzi pracy, nie można zaprzeczyć, że przy wszystkich błędach teologowie wyzwolenia mają nam coś ważnego do powiedzenia.

Piotr Ciompa

Autor jest menedżerem w średnich i dużych przedsiębiorstwach. W Instytucie Spraw Obywatelskich w Łodzi prowadzi program wsparcia dla rad pracowniczych. Na stronie www.areopag21.pl prowadzi blog. Jest współpracownikiem kwartalnika „Nowy Obywatel"

Tekst ukazał się w „Plus i Minus” 09.11.2014 roku

 

Komentarze

anonim2014.12.10 19:54
Lewak Bergoglio, który lansuje z uporem wszelkie herezje jest ekskomunikowany z mocy samego prawa.
anonim2014.12.10 20:01
tak, dość już fałszywych i słabych pseudo-papieży. Terlikowski do Watykanu!
anonim2014.12.10 20:34
@Arom odczep się od papieża!
anonim2014.12.10 22:14
A potem papież niespodziewanie mianuje któregoś biskupa z Ameryki Południowej nuncjuszem w Polsce i będą od niego zależeć przeróżne nominacje i awanse. I wtedy wszyscy biskupi u nas pokochają teologię wyzwolenia, a za nimi także lud.
anonim2014.12.11 8:40
"Wszystko wskazuje na to, że wkrótce kryzys ogarnie również teologię, która na wschodzie Europy podjęła krytykę socjalizmu, a jednocześnie głosiła apologię wolności możliwej (rzekomo) do osiągnięcia w krajach kapitalistycznych." Od początku, jak prowadzę tu blog, przsed tym ostrzegałem.
anonim2014.12.11 10:27
Stefan kardynał Wyszyński o tym "najbardziej nieludzkim ustroju" czyli PRL: "„Cokolwiek przyniesie przyszłość, trzeba pamiętać, że cały szereg tzw. zdobyczy społecznych ma charakter stałych zdobyczy. Do nich zaliczam przejęcie na własność społeczną ciężkiego przemysłu i wielkiej własności rolnej”.
anonim2014.12.11 10:33
Nie należy też zapominać, że ruch Solidarności był ruchem socjalistycznym z ducha i programu. Polecam 21 Postulatów Gdańskich. Dopiero po zmowie magdalenkowej w 1989 r. i zdradzie ideałów tego ruchu możliwa była reforma Balcerowicza-Sachsa wroga solidarności przeprowadzona pod sztandarem Solidarności. Istotą ruchu Solidarności było, jak sama nazwa wskazuje, ewangeliczne "Jedni drugich brzemiona noście" (za ks. prof. J. Tischnerem).
anonim2014.12.12 21:17
Dobry artykuł, choć bez pomysłów na rozwiązanie sytuacji. Ja widzę światło w wykładach prof. Guza. Gdyby duchowni mieli czas by wysłuchać i rozum by zrozumieć i głosić....ale nic z tego.