02.05.16, 16:20

Siła Polski leży w ... koloniach!

Transparent „Siła Polski leży w koloniach" poprzedzał wielką manifestację Ligi Morskiej i Kolonialnej organizacji, która w 1939 roku zrzeszała prawie milion Polaków. Obywatelom odrodzonego państwa duma narodowa podpowiadała: jeśli mała Belgia czy uboga Portugalia mają kolonie, to dlaczego jest ich pozbawiona większa od Belgii, bogatsza od Portugalii i nareszcie suwerenna Polska?

Polskie fascynacje kolonialne zostały z niejasnych powodów prawie całkowicie zapomniane, a historycy i publicyści wpajają nam przekonanie, że Polska do kolonii nigdy poważnie nie aspirowała. Kolonialny epizod naszej historii jest uważany za wstydliwe kuriozum. Niektórzy historycy uważają, że ekspansję polskiej szlachty na Kresach Wschodnich można uznać za formę kolonizacji, która odwróciła zainteresowanie szlachty od zamorskich podróży. Coś w tym jest, bo przecież w XVII wieku Kurlandia, która była polskim lennem, proponowała naszym monarchom oraz kupcom udział w wyprawach kolonialnych, ale nie doczekała się zainteresowania. I to mimo przejściowych sukcesów władców kurlandzkich, którzy objęli posiadłości w Gambii i na Tobago na Karaibach.

Polacy zapragnęli kolonii pod palmami dopiero 200 lat później. Pod koniec XIX wieku młoda inteligencja polska myślała nie tylko o odzyskaniu nie­ podległości, lecz także o tym, żeby naród rósł w siłę na całej ziemi. Wielkimi orędownikami kolonizacji, chociaż nie kolonii, byli, między innymi, Roman Dmowski i jego koledzy z Ligi Narodowej. Dziś prawie nikt już nie pamięta, że słynny „Przegląd Wszechpolski" został założony przez fascynatów z lwowskiego Towarzystwa Geograficzno-Handlowego jako pismo promujące narodową emigrację i kolonizację (pod warunkiem, że emigracja nie straci kontaktów ze starym krajem), a Dmowski dołączył do redakcji „Przeglądu" kilka lat później, po ucieczce z Warszawy. Twórca polskiego nacjonalizmu i zarazem dyplomowany przyrodoznawca był zdania, że w odpowiednich warunkach, nie skrępowany przez zaborców, naród polski rozkwitnie, czerpiąc z sił na­ tury. W okupowanym kraju takich warunków oczywiście nie było, co innego w Brazylii, gdzie miejscowe władze w otwartymi rękami przyjęły tysiące polskich chłopów, którzy osiedlili się w stanie Parana. Dmowski traktował sprawę bardzo poważne, zebrał fundusze i ruszył za ocean, żeby na własne oczy zobaczyć, jak na łonie natury krzepnie narodowa siła. Niestety polscy koloniści słabo sobie radzili i zniesmaczony „wszechpolak" wracał z Parany sceptycznie nastawiony do potencjału cywilizacyjnego chłopów polskich.

Po doświadczeniach brazylijskich nacjonaliści stracili zainteresowanie kolonializmem, ale polskie społeczeństwo nadal marzyło o budowie Polski w tropikach. Dlatego kiedy w 1918 roku Rzeczpospolita odzyskała upragnioną niepodległość, natychmiast zaczęły się podnosić głosy, że Polsce należą się kolonie jako rekompensata za stracony dla kraju wiek XIX.

Pomysł był prosty i całkiem logiczny. W wyniku I wojny światowej Niemcy utraciły swoje terytoria zamorskie. Byłe kolonie niemieckie dostały się formalnie pod zarząd Ligi Narodów, a administrowały nimi Wielka Brytania, Francja i Belgia (pomijam wyspy i archipelagi na Pacyfiku, których część przypadła także Japonii). Tak zwany system mandatów stanowił wyłom w dotychczasowym porządku kolonialnym i polscy kolonialiści dostrzegli pewną szansę dla kraju. Wyliczono, że niegdysiejsze ziemie zaboru niemieckiego stanowiły 1/10 terytorium Niemiec, a ludność polska 1/10 mieszkań­ ców Niemiec. Ponieważ Polska została uznana za członka Ententy, przeto najlepsza rekompensata za prowadzoną w czasach Bismarcka masową kolonizację niemiecką ziem zaboru pruskiego.

Entuzjaści takiego projektu wezwali władze do wystąpienia z tymi postulatami jeszcze podczas prac nad traktatem wersalskim. Ciekawostką jest fakt, że jednym z pierwszych, bo już w Sejmie Ustawodawczym złożył 14 marca 1919 roku wniosek, by Polska domagała się części kolonii niemieckich, mianowicie Kamerunu, był poseł Tomasz Dąbal z PSL-Lewica, który rok później wstąpił do Komunistycznej Partii Polski. Rząd jednak nie wykazał zainteresowania problemem (premierem był wtedy Ignacy Paderewski), bo nie pozwalały na to realia ówczesnej dyplomacji. Wystąpienie z roszczeniami kolonialnymi na pewno zirytowałoby Francję oraz Wielką Brytanię i zachwiało pozycją Polski w czasie trudnych negocjacji wersalskich w sytuacji, kiedy kraj nie miał jasno określonych granic.

Ożywienie zainteresowań ideą kolonialną nastąpiło ponownie w połowie lat 20. XX wieku. Tym razem sięgnięto do „tradycji polskiego kolonializmu", czyli działalności Maurycego Beniowskiego na Madagaskarze oraz wyprawy Stefana Szolca-Rogozińskiego do Kamerunu. Z powagą twierdzono, że ich poczynania dają Polsce prawno-historyczną podstawę do kolonialnych roszczeń.

Po Beniowskim pozostała piękna legenda. Ten węgierski szlachcic, podający się za Polaka, był na pewno rzutki i inteligentny, lecz był także awanturnikiem, fantastą i mitomanem przypisującym sobie prawdziwe i wymyślone zasługi. Po koronę Madagaskaru sięgnął, ale nie dla Rzeczypospolitej, lecz dla siebie. W tym celu Beniowski zgromadził przedstawicieli plemion wyspy, którzy jednomyślnie, jak twierdził w swoich pamiętnikach, obwołali go cesarzem. Jako „król Madagaskaru" spiskował i knuł to na rzecz Francji, to przeciwko niej, by w końcu zginąć w 1786 roku w czasie potyczki z francuską ekspedycją wojskową.

Motywacja Szolca-Rogozińskiego była bardziej patriotyczna. W 1882 roku ruszył do Kamerunu, oficjalnie w celu prowadzenia badań geograficznych. Ale na statku „Łucja Małgorzata", którym dopłynął do Afryki, powiewała bandera z Syrenką (polskiej nie mógł wywiesić), a podczas wypraw w interior zawierał traktaty z kacykami rozmaitych plemion i uznawał się za ich „króla". W korespondencjach do kraju bez ogródek pisał, że powiększa „stan polskie­ go posiadania". I taki był prawdziwy cel jego wyprawy.

Kolonialne ambicje Szolca-Rogozińskiego wspierali między innymi Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz, a na poczet kosztów jego ekspedycji zebrano publicznie pokaźne sumy. Liczono na to, że uda się zdobyć jakiś skra­ wek Afryki jako polski obszar, najpierw pod czyimś protektoratem (najlepiej Wielkiej Brytanii), a później, gdy Polska odzyska niepodległość, stworzyć własną kolonię. Terytoria Kamerunu były wówczas niezależne, ale szybko zainteresowały się nimi Niemcy i obróciły je w swoją posiadłość.

Jest oczywiste, że powoływanie się na osiągnięcia Beniowskiego i Szolca- -Rogozińskiego było fantazją, pozbawioną podstaw prawnych. Jednak z kolonialnych usiłowań nie rezygnowano. Ich źródłem było połączenie narodowej dumy z trzeźwą kalkulacją. W międzywojniu państwa posiadające kolonie uważano za mocarstwa, które liczą się na arenie międzynarodowej, więc Polska dążąca do zwiększenia swojej pozycji w świecie nie mogła się wyrzec kolonialnych dążeń. Ówczesna opinia publiczna popierała te aspiracje, a popularna prasa była pełna artykułów o zaletach kolonizacji. Powołano nawet Naukowy Instytut Emigracyjny i Kolonialny, a na uniwersytetach w ramach poszczególnych katedr organizowano wykłady i kursy kolonialne.

Najwięcej entuzjastów światowej ekspansji II RP zrzeszała założona w 1930 roku Liga Morska i Kolonialna. Liga wypracowała dalekosiężny pro­ gram kolonialny. Jej twórcy promowali i wspierali organizacyjnie farmerską emigrację na Czarny Ląd. Polscy osadnicy mieli tworzyć tam skupione na jednym terenie plantacje. Kiedy ilość afrykańskiej ziemi w polskich rękach przekroczyłaby poziom krytyczny, Polska miałaby pretekst do ustanowienie na tym obszarze kondominium albo wykupienia go na własność.

Jeszcze w końcu lat 20. XX wieku uwagę polskich kolonialistów zwróciła należąca do Portugalczyków Angola. Słusznie uważano, że Portugalia jest państwem słabym militarnie i gospodarczo, a jej poczynania w Afryce są mało efektywne, więc można by względnie tanio odkupić część angolskiego terytorium. Dlatego kiedy Józef Piłsudski przebywał na wczasach na Maderze, pojawiły się spekulacje, że prowadzone są tajne rozmowy z Lizboną w sprawie pozyskania Angoli. Rozmów takich oczywiście nie było, ale tamtejsze władze poczuły się zaniepokojone tymi pogłoskami i wybuchł dyplomatyczny skandal. Portugalia oskarżyła Polskę o chęć odebrania jej kolonii, a wściekły Piłsudski po powrocie do kraju ostro zbeształ wizjonerów afrykańskiej ekspansji.

Nic dziwnego, że Portugalczycy potraktowali polskie aspiracje poważenie, skoro w 1934 roku Liga Morska i Kolonialna zawarła niezależny układ z rządem Liberii o wydzierżawieniu plantacji oraz uzyskała handlowe i celne ułatwienia dla Polaków. Ale i tym razem skończyło się skandalem. W prasie pojawiły się artykuły, że Liberię można właściwie uważać za kolonię Rzeczypospolitej. Zaniepokojeni Liberyjczycy zaalarmowali cały świat, oskarżając polskich plantatorów o chęć przeprowadzenia zbrojnego puczu. Naciski zirytowanej polskiej dyplomacji spowodowały, że Liga zaczęła się wycofywać z Liberii, ale jej działacze pozostali niestrudzeni.

W przededniu II wojny światowej uznano, że Madagaskar to dobry teren dla polskiej kolonizacji opartej na powołaniu zwartych obszarów mających autonomię językową, gospodarczą i kulturalną (naturalnie wyspa pozostałaby francuska). Strona francuska zainteresowała się tą koncepcją. W 1937 roku wysłano na Madagaskar specjalną Komisję Studiów z majorem Mieczysławem Lepeckim na czele w celu zbadania możliwości osadniczych. Prowadzono tak­ że rozmowy na szczeblu rządowym z francuskimi ministrami spraw zagranicznych i kolonii. Jednocześnie rozpoczęto akcję propagandową. Sam Arkady Fiedler w opublikowanej w 1939 roku książce Jutro na Madagaskar wyraźnie zachęcał do kolonizacji wyspy. Jednak z budowy Polski na Oceanie Indyjskim nic nie wyszło, za pasem była II wojna światowa, a światowa prasa francuska zaczęła straszyć kolonialnymi aspiracjami Polski.

Międzywojenne inicjatywy kolonialne kreowała głównie Liga Morska i Kolonialna. Rząd był natomiast bardzo powściągliwy wobec jej projektów.

Józef Beck w Ostatnim raporcie wspominał: - W dziedzinie spraw tak zwanych „kolonialnych" przeszła przez Polskę fala dziecinnej wprost ekscytacji. W pierwszej chwili odpowiedziałem naszym „kolonistom", że moim zdaniem polskie kolonie zaczynają się w Rembertowie.

Nie przeszkodziło to jednak polskim dyplomatom zręcznie grać kolonialną kartą. Dzięki niej można było wywierać nacisk na potęgi kolonialne, negocjować kwestie emigracyjne i surowcowe oraz blokować rewizjonizm niemiecki.

Istnienie Ligi Morskiej i Kolonialnej było dla władz bardzo wygodne. Liga działała na własny rachunek (choć często była inspirowana przez MSZ), więc w razie skandalu można było łatwo się odciąć od jej poczynań. Mimo że z dzisiejszej perspektywy projekty Ligi Morskiej wydają się fantastyczne, to musi­ my pamiętać, że w okresie międzywojennym miały one bardzo realny wymiar. O ich znaczeniu i sile najlepiej świadczą histeryczne reakcje poszczególnych rządów i zagranicznej opinii publicznej, które autentycznie obawiały się za­ morskiej ekspansji Polaków. Państwa, które pokonało Rosję bolszewicką, nikt nie zamierzał lekceważyć.

Władze sanacyjne z dystansem patrzyły na wizje rozciągnięcia granic Rzeczypospolitej w tropiki, ale zachowały realistyczną ocenę sytuacji. Poza korzyściami dyplomatycznymi do włączenia w kolonialną grę skłaniała trudna sytuacja wewnętrzna. Drugą Rzeczpospolitą trapiły ogromne przeludnienie wsi i związane z nim bezrobocie. Gospodarka nie rozwijała się na tyle szybko, żeby wchłonąć masy migrującego chłopstwa. Jedynym wyjściem była emigracja. Państwo mogło albo przyglądać się obojętnie żywiołowemu wychodźstwu, albo prowadzić własną politykę emigracyjną. W Europie pierwszej połowy XX wieku ta ostatnia w ten czy inny sposób była związana z kolonializmem.

Nie możemy też zapominać, że polskie marzenia kolonialne odpowiadały na rzeczywiste potrzeby społeczne. Według danych z 1 stycznia 1939 roku Liga Morska i Kolonialna liczyła blisko milion członków i o wiele więcej sympatyków. Chłopom i robotnikom stwarzała możliwość emigracji, przedsiębiorców kusiła szansą włączenia się w globalny rynek, a wszystkim obywa­ telom młodego państwa duma narodowa podpowiadała: jeśli mała Belgia czy uboga Portugalia mają kolonie, to dlaczego jest ich pozbawiona większa od Belgii, bogatsza od Portugalii i nareszcie suwerenna Polska?

 

MAREK ARPAD KOWALSKI/Kwartalnik "Fronda" nr. 39