23.11.17, 10:05

Tomasz Sakiewicz: Supertwardziele, czyli najtwardszy elektorat PiS

Zjawisko twardego elektoratu jest powszechnie znane: to ci, na których można liczyć niemal w każdym głosowaniu. Drobne błędy nie powodują odpływu wyborców. Również potencjalna przegrana nie zniechęca do głosowania na swoich.

Wybierają daną partię, bo wierzą w jej idee i są przekonani, że ich reprezentanci będąc u władzy, a nawet czasem gdy są w opozycji, mogą realizować złożone obietnice. W badaniach wskazywano, że PiS czy cały obóz patriotyczny ma poparcie około 30 procent całości wyborców i to jest jego twardy elektorat. Ta liczba może trochę mylić, bo tylko połowa Polaków chodzi na wybory.

Więc twardy elektorat stanowiłoby 15 procent wyborców. Lepiej jednak posługiwać się liczbami bezwzględnymi, bo poziom mobilizacji w różnych elektoratach bywa rozmaity: dla całego obozu patriotycznego twardy elektorat  stanowi  grupę 4,5–5 milionów ludzi. PiS wygrał wybory w 2015 r. przede wszystkim dlatego, że ta grupa poszła niemal w 100 procentach głosować, a wyborcy PO z 2011 r. podzielili się, część  została w domu. Dzisiaj grupa twardego elektoratu w PO nie przekracza 2 milionów osób i topnieje. Duże poparcie PO w 2007 i 2011 r. było więc efektem skutecznych kampanii głównie przeciwko PiS-owi. PiS musi więc cały czas pamiętać o mobilizacji swojego twardego elektoratu. To jest jego droga do sukcesu. PO swój potencjał jak na razie zużyło.

Oprócz twardego elektoratu istnieje jeszcze inne, bardzo istotne zjawisko, które ja nazywam: „elektorat najtwardszy”. To są ludzie, na których aktywność można liczyć stale, nie tylko przy urnie: lokalni liderzy, opiniotwórcze osoby w swoich środowiskach (nawet w rodzinach), działacze społeczni, duchowieństwo, osoby zauważalne. Tego typu elektorat nie stanowi nigdy więcej niż 10 procent wyborców partii.  W Polsce, gdzie latami była niska aktywność społeczna, supertwardziele w niektórych regionach nie przekraczają procenta twardych wyborców.  Biorąc pod uwagę realia prawicowego elektoratu, w liczbach bezwzględnych to 200–400 tysięcy osób. W wyborach każdy głos  jest cenny i nawet taka liczba wyborców staje się języczkiem u wagi, ale znaczenie tych ludzi jest zupełnie inne.

To decyzje najtwardszego elektoratu wcześniej czy później powodują zmiany zachowania stałych wyborców danej partii. Ludzie, szczególnie w sytuacji niepewności, szukają lokalnych liderów i patrzą, co oni zamierzają zrobić. Jeżeli kiedykolwiek chciałem określić czytelnika „GP” czy odbiorców innych naszych mediów, to właśnie do nich kierowałem swoją aktywność. Stąd też ruch klubów „GP”. Dla nich naturalnym liderem od lat jest Jarosław Kaczyński. Od 2005 r. przekonywałem ich do jednolitego przywództwa, wierząc, że jest to klucz do sukcesu. Dobra łączność supertwardzieli z liderem obozu, którą w jakiejś mierze zapewniliśmy, musiała zaowocować sukcesem. Nic też dziwnego, że ataki na Kaczyńskiego niemal zawsze skorelowane są z robieniem nam problemów.

Kiedy zobaczyłem przygryzanie Kaczyńskiemu za to, że może przejąć stery rządu, napisałem, że spodziewam się i naszych problemów. I niestety, nie pomyliłem się. Tuż przed 11 listopada odnotowaliśmy kilka prób zaszkodzenia naszym mediom. Czytelnych dla nas i niebudzących wątpliwości. Z ciekawością przyglądam się dalszemu rozwojowi sytuacji.

Tomasz Sakiewicz

Gazeta Polska nr 47/2017, 22 XI