17.03.20, 09:00

O. Leon Knabit: Idę z nadzieją, która zawieść nie może

Idę z nadzieją, która zawieść nie może…

Bartosz Michałowski: Myślę, że się wujek nie pogniewa, jeśli z najwyższym szacunkiem zauważę, że jako młodzieniec wujek nie był chłopcem „od linijki”. Ze wspomnień spisanych przez pana Zuchniewicza wiem, że był wujek pełen humoru, nie stronił od dania komuś w zęby, lubił towarzystwo dziewcząt. Był i nadal wujek jest facetem o mocnym uścisku dłoni. Czy taki temperament nie przeszkadzał wujkowi w realizacji powołania kapłańskiego a potem zakonnego? Czy dużo pracy nad sobą kosztowało wujka powołanie? Czy były momenty, że bywało ciężko, że miał wujek wątpliwości? Czy życie poza stanem kapłańskim było pociągające? Czy przyszedł moment przełamania, po którym pokusy na zawsze odpuściły?

Leon Knabit OSB: Na wstępie stwierdzam, że nigdy nie byłem specjalistą od dawania komuś w zęby. Nigdy nie zaczynałem. Owszem, sam dostałem kiedyś, chyba to było w szóstej klasie, i to nie w zęby, a w nos i to tak porządnie, że aż ślady krwi były na chusteczce, od kolegi o nazwisku Kozak. Nie pamiętam dzisiaj, o co poszło. Tatuś zawsze mówił o konieczności czynnej obrony, ale napominał, by nie bić słabszego i nie rzucać się w kilku na jednego. Poza tym wszystko się zgadza.

Byłem wesoły, lubiłem towarzystwo dziewczyn, ale i chłopców, których było pod dostatkiem w męskim liceum w drużynie harcerskiej i wśród ministrantów. Radość z odnalezienia powołania, co do którego miałem moralną pewność już półtora roku przed maturą, ogarniała mnie tak bardzo, że nie odczuwałem trudności, które na tej drodze mogły by wystąpić. Nigdy nie miałem chęci bycia świeckim człowiekiem, posiadającym rodzinę i określony zawód. Pokusy, jakie były, dotykały mnie jako powołanego – bałaganiarstwo, chętki nieczyste, niepunktualność, zbyt wysokie mniemanie o sobie – nigdy nie doprowadzały mnie do wniosku, że to nie moja droga. Ona była wytyczona i pewna. Nie wracało pytanie „Czy?”, ale wciąż było aktualne „Jak?” sprostać wezwaniu.

Poprzednie pytanie jest niejako wstępem do kolejnego. Zastanawiam się jak je ubrać w słowa, żeby nie być posądzonym o przyczynianie się do realizacji strategii antykościelnych. Przeciwnicy Kościoła żądają samobiczowania się duchowieństwa za rozmaite winy. Popełnione, niepopełnione. Na pewno są to kolejne marksistowskie „pałki”, które mają wywołać określone reakcje społeczne. Lewica będzie chciała Kościół swoim zwyczajem łaskawie wyciągnąć na czwórkę z minusem, a polski episkopat w taką zabawę w „bycie na cenzurowanym” chce się bawić i publikuje samooczyszczające raporty, aby się lewej stronie przypodobać.

Nie bardzo się zgadzam, że chodzi o przypodobanie się lewicy. Samooczyszczanie się to temat ważny dla samego Kościoła, choćby on nie zawsze się tym do końca przejmował.

Zatem może nie wartościując, a zakładając, że chodzi jednocześnie o oba te cele, to próby przypodobania się lewej stronie mnie smucą, bo jej pozyskać się nie da. Ona ma na celu zniszczenie katolicyzmu czy też tego, co stanowi jego istotę, a nie reformowanie.

Jednak Kościół jest dużo mocniejszy, niż się powszechnie wydaje, bo jego głową jest Chrystus. Jak widać, częste są okresy, kiedy Chrystus/Kościół przegrywa, jest krzyżowany i spoczywa w grobie, na własne często życzenie, ale doświadczenie uczy, że wciąż zmartwychwstaje i odradza się. Niewierzący nie rozumieją istoty naszej wspólnoty i uderzają w jej elementy zewnętrzne, które, choć ważne, nie są istotne!

Niezależnie od tego, co myślimy o różnego rodzaju metodach inżynierii społecznej, oraz tego, że możemy godzinami dyskutować, co jest Kościołowi potrzebne, aby głosić Chrystusa, jakby wujek ocenił kapłanów, którzy działają na szkodę Kościoła w ten czy inny sposób?

Mówi się, że nie ma złych księży, tylko ci, za których się ludzie nie modlą. Jeśli się z takimi spotykam, smutno mi, ale próbuję w miarę możności pomagać. Modlę się za nich. A Ty modlisz się za złych księży, czy poprzestajesz na irytacji? Potrzebna jest też reforma wychowania w seminariach duchownych, choć wiem, że nie jest to łatwe. Zresztą i z dzisiejszych seminariów wychodzą też bardzo porządni księża.

Nie mam co do tego wątpliwości, sam kilku poznałem. Czy się modlę za tych złych? Używając bokserskiego języka, tu mnie wujek wciągnął na kontrę – nie robię tego. Postaram się to zmienić. Mam na myśli tych, którzy swoją postawą odstraszają, zniechęcają, nie świadczą o Bogu i prawdzie, dostarczają swoją postawą amunicję drugiej stronie. Mój przyjaciel ostatnio powiedział: „Przerażają mnie niewierzący księża”. Wiem, że wielu i to bardzo gorliwych wiernych ma z takimi duchownymi kłopot. Jak wujek to ocenia?

Wzywam takich wiernych, by mówili takim księżom wprost, co nie jest łatwe, ale czasem pomaga. Błogosławiony papież Paweł VI mówił, że jeśli nic nie pomoże, pomóc musi modlitwa.

Wujek zajmował się powołaniami w klasztorze. Jakie Kościół ma lub powinien mieć sita powołaniowe, aby oddzielić prawdziwe powołania od urojonych? Jak w ogóle to wartościować?

Mamy do dyspozycji psychologię wychowawczą i pedagogikę, a i tak łatwo jest o pomyłkę w ocenie powołania. Skąd się bierze choćby kardynał pedofil? Z przymykania oczu, zamiatania pod dywan czy też jest to absolutna niespodzianka dla wszystkich, którzy go znają, a może i dla niego samego?

Co jest ważniejsze z punktu widzenia Kościoła? Niewierzący kapłan dalej ma święte, czcigodne, namaszczone ręce, które mogą sprawować sakramenty. Jednocześnie co daje taka posługa, jeśli ten kapłan zniechęci iluś tam poszukujących? Co jest ważniejsze? Sakramenty czy nawrócenia? Jakie Kościół ma rozwiązania służące naprawie tych kwestii? Skoro już godzimy się być na cenzurowanym, to jak się bronić?

Na szczęście sakramenty działają ze swej własnej mocy (ex opere operato), nawet gdyby szafarz był niegodny (ex opere operantis). Ponoć jednak Sługa Boży biskup siedlecki Ignacy Świrski miał powiedzieć: „Wolę mieć parafię bez księdza niż ze złym”. Co tu można dodać? Katolicy, wychowujcie swoje dzieci w rodzinach tak, by z nich wychodzili mocni, święci kapłani. Jakie społeczeństwo, takie duchowieństwo!

Czy zastanawiał się wujek nad własnym dziedzictwem? Na przykład co powiedzą ludzie, jak sięgną po wujka teksty za pięćdziesiąt, a co jak za sto lat? Czy są takie elementy, na których wujkowi zależy, żeby ktoś w przyszłości zwrócił na nie szczególną uwagę? Co w swojej publicystyce uważa wujek za ponadczasowe, a co za umieszczone w kontekście naszej epoki? Jaki komentarz do swojego dzieła ewangelizacyjnego dałby wujek przyszłym pokoleniom?

Im dłużej żyję, tym mniej myślę o tym, co po mnie zostanie. Niech sobie historia weźmie ze mnie to, co się przyda tym, co przyjdą po mnie. Tak naprawdę to coraz bardziej przejmuję się, jak wypadnę na sądzie Boga. To, co zostanie po mnie, to już nieodwracalna przeszłość, która jest szczęśliwie już za mną i do której nie myślę wracać. Za to, co było dobre, Bogu niech będą dzięki. Tego, co było złe, wstydzę się przed Nim i wykorzystuję każdą obecną chwilę, każdą niedogodność czy cierpienie, by wynagrodzić i odpokutować już tu na ziemi. Martwi mnie ilość papierów, z których część powinna być uporządkowana i trafić do archiwum klasztornego, a reszta do pieca. A tu na razie nie widzę możliwości czasowych, żeby zrobić porządek. Zadań na co dzień jest wciąż wiele, a sił mniej i spowolnienie wszelkich działań wyraźne… Zdaję się na wolę Bożą.

Skoro jesteśmy przy tym temacie, muszę zadać wujkowi jeszcze jedno pytanie. Poproszono mnie, abym napisał: „Ostatnio rozmawiałem z pewną staruszką”, ale tak naprawdę mowa tu o siostrze wujka a mojej babci. Jest ona w trakcie lektury książki, która jest wydanym w formie książki blogiem wujka. Sporo miejsca jest tam poświęcone hejtowi, z którym wujek się spotyka w sieci. Babcia staruszka głęboko to przeżywa. Tłumaczyłem jej, na czym polega hejt w internecie, ile komfortu daje bezpieczna anonimowość, ile opinii jest albo opłacanych, albo produkowanych przez boty. Na blogu wujka jest to raczej hejt żywych ludzi. Dużo życzliwych osób bardzo przeżywa bitwy, które się tam rozgrywają, i chciałoby od nich wujka odwodzić, ja też się do tych osób kiedyś zaliczałem. Babcia, zwłaszcza że jest osobą, która kompletnie nie zna specyfiki komentarzy w internecie, jest głęboko poruszona poziomem tych wypowiedzi.

Tłumaczyłem postawę wujka na dwóch płaszczyznach. Jedna z nich to pozostanie wiernym sprawie do końca. Wujek pochodzi z pokolenia, które ręczy za coś swoim honorem, nazwiskiem, powagą. Ktoś powie za kilkadziesiąt lat, że Stefan Leon Knabit pozostawał wierny nawet w 2019 r., kiedy Kościół tracił tożsamość, kiedy księża bali się głosić prawdę…

Ostrożnie z tym traceniem tożsamości. Owszem, tu i ówdzie świeccy i duchowni zachowują się, jakby nie wiedzieli, o co chodzi. Jednak tożsamość Kościoła w swej istocie nie została zachwiana. Świadkami tego są święci, których nie brak w żadnej epoce.

Być może ma wujek rację, choć ja tego nie umiem jednoznacznie osądzić, ale też obawiam się o przyszłość. Możemy w każdym razie stwierdzić, że o. Leon pozostał wierny do końca i miał odwagi więcej niż niejeden młokos. A że będzie nieprzyjemnie? Przecież sam Chrystus to zapowiadał apostołom (nota bene dla których, poza Janem, owa nieprzyjemność była tożsama ze śmiercią męczeńską). I jest to piękne świadectwo.

Drugi argument, jakiego używałem, mówi, że nienawiść do duchownych i do katolików ogółem bardzo często jest umotywowana tym, że w lewicowym pojęciu nie mieści się żaden mistycyzm. A to znaczy, że według nich w Kościele musi chodzić o jakieś świeckie wartości: pieniądze, władzę, kontrolowanie ludzi. Zatem skoro wiara nie może być autentyczna, to znaczy, że jest to jakieś obrzydliwe pozerstwo. Jesteśmy postrzegani jako ci, którzy z tymi obrządkami, gorliwością, miłosierdziem, odwoływaniem się do wyższych wartości, niż tylko żreć i żyć, uważają się za lepszych od nas. Wywyższają się. Nie są jak my autentyczni, dzisiejsi, życiowi. Jesteśmy widziani jako cholerni hipokryci. Z tego punktu widzenia co lepszego może robić wujek, niż toczyć długie polemiki ze swoimi hejterami?

Hejter może być pewien jednego: w jego świecie fałszywych bogów nikt go nie uszanuje i nie zada sobie trudu ani nie poświęci czasu, aby komukolwiek cokolwiek tłumaczyć. W całym dzisiejszym systemie chodzi o to, aby człowiek co raz mniej orientował się w rzeczywistości, tylko wykonywał bez gadania i bezrefleksyjnie swoje mrówcze zadania. Tymczasem wujek ukazuje fałszywość gęby, którą się Kościołowi przyprawia. Zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć owiec i idzie za jedną zaginioną. Dyskutuje wujek z tymi hejterami często całe lata. Nie należy wykluczyć, że może być wujek jedyną osobą, która poświęca im czas. Na czym więc miało by polegać wywyższanie się wujka, skoro poświęca wujek swój czas i ciągle wraca? I jak można powiedzieć, że wujek ich nie szanuje, mimo że wujka opluwają? To strasznie drażni we właściwie pojętym katolicyzmie, bo jest bardzo niedzisiejsze.

Mimo że mogą wujka szczerze nienawidzić, to gdy się koresponduje tyle czasu, wytwarza się więź, czy się to komuś podoba, czy nie. I jest tęsknota, gdy nie ma odpowiedzi. A może ktoś się nawróci? Zakwestionuje wartości, którym ślepo hołduje? Zacznie poszukiwać czegoś więcej? Zmieni punkt widzenia? Czy dobrze tłumaczyłem, dlaczego wujek toczy te spory? Chodzi o to, czy może o coś zupełnie innego?

Na blogu czy facebooku prawdziwych hejterów jest niewielu. Gdy przekraczają granice przyzwoitości, wypraszam ich po prostu. Zdarza się to zresztą bardzo rzadko. Większość oponentów to ludzie mający inne zdanie, a nawet tacy, którzy nie zdają sobie trudu, by zrozumieć do końca to, co piszę. Ufam, że jeśli mają dobrą wolę, to wreszcie dotrą do prawdy. Jestem cierpliwy. Modlę się o światło Ducha Świętego dla nich.

To na koniec zmieńmy całkowicie temat. Czy zastanawiał się wujek kiedyś, jak nam będzie po tamtej stronie? Oczywiście jeśli będzie nam dane zasłużyć na pełnię życia (napisałem „nam”, choć o wujka to się szczególnie nie martwię). Ostatnio byłem u dziadka mojej żony, który jest rok starszy od wujka, aby go zaprosić na rodzinną uroczystość. Dziadek pięknie odpowiedział: „Za trzy miesiące? Kto wie, co będzie za trzy miesiące… My z Terenią [babcią] jesteśmy w takim wieku, że już się z ciekawością przyglądamy tamtej stronie, a nie tej”. Jestem przekonany, że wujek jako mnich benedyktyński, człowiek często kontemplujący, musi czasem myśleć o pełni życia. Wujek też się z ciekawością przygląda tamtej stronie? Co wujek widzi?

Widząc ogrom Bożej wszechmocy i wierząc w Boże Miłosierdzie, jestem przekonany, że będzie o wiele lepiej, piękniej i wspanialej, niż sobie mogę wyobrazić. Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani w serce człowieka nie zdołało pojąć, co Bóg przygotował tym, którzy Go miłują (1 Kor 2,9). Apostoł Narodów pisze: Tak biegnijcie, abyście ją [nagrodę] otrzymali (1 Kor 9,24). W moim wieku trudno jest biec, choćby się miało do dyspozycji nawet tę piękną laskę, otrzymaną ongiś od księdza proboszcza z Juraty. Ale idę. Idę z nadzieją, która zawieść nie może (Rz 5,5).

Fragment książki „Rozmowy mnicha z (pra) siostrzeńcem”

Leon Knabit OSB – ur. 26 grudnia 1929 roku w Bielsku Podlaskim, benedyktyn, w latach 2001-2002 przeor opactwa w Tyńcu, publicysta i autor książek. Jego blog został nagrodzony statuetką Blog Roku 2011 w kategorii „Profesjonalne”. W 2009 r. został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Bartosz Michałowski – ur. 23 sierpnia 1991 roku w Siedlcach, jeden z wielu, rzymski katolik, współczesny endek, wolnorynkowiec (ale tylko w wersji wg biskupa von Kettelera), przedsiębiorca, prywatnie wnuk siostry o. Leona oraz szczęśliwy mąż i ojciec dwóch córek.

Komentarze

Protestant2020.03.17 16:50
"Na szczęście sakramenty działają ze swej własnej mocy (ex opere operato), nawet gdyby szafarz był niegodny (ex opere operantis)" To jedna z najbardziej tragicznych doktryn w historii Kk. Powstała po to, by uzasadnić ważność chrztu udzielonego przez doketów (a więc heretyków), później została odniesiona do ważności sakramentów udzielonych bez odpowiedniej dyspozycji wiernego (np. bez wiary), otrzymującego sakrament. A z nauczania Chrystusa i apostołów wynika, że dla ważnego udzielenia sakramentu niezbędne są nawrócenie i wiara. A na podstawie doktryny ex opere operato można np. ochrzcić niemowlę i ogłosić przy tym, że wszystkie obietnice Pisma stosują się do oseska. Niezależnie, czy w przyszłości wiara w jego życiu się pojawi czy nie - w księgach zapisany jest jako katolik, i tego nic, nawet akt apostazji, nie zmieni. Dlaczego? Bo ex opere operato! A z drugiej strony wszelkie próby ewangelizacji ochrzczonych napotykają tę mentalną przeszkodę, że naturalna odpowiedź wiary - czyli przyjęcie chrztu (por. Mk. 16,16; Dz. 8,35-36) - w tym momencie odpada. I brak jest teologicznego porządku w tym eksponowaniu chrztu udzielonego niemowlęciu, i bagatelizowaniu aktu wiary, jaki może nastąpić po dojściu ochrzczonego w dzieciństwie - w wieku świadomym.
mir2020.03.17 9:48
weźsie połóż w pokoju 16 albo 14 tam gdzie sypiał debil z wadowic
Od prawdy nie uciekniesz...2020.03.17 9:21
Leon przez lata dzielił dom ze zboczeńcem krzywdzącym dzieci, padalec na szczęście już siedzi... Jakiej naiwności i zaślepienia potrzeba, by uwierzyć, że pozostali mnisi z Tyńca, w tym Leon, nic nie widzieli, nic nie słyszeli...