18.05.17, 16:40screenshot/YouTube

Prof. W. Roszkowski dla Frondy: Jak w PRL zniszczono polską gospodarkę i skazano nas na biedę

Łukasz Gut, Fronda.pl: Zniszczenia wojenne były głównym problemem w pierwszych latach po II wojnie światowej? Jak podeszły do nich władze PRL?

Prof. Wojciech Roszkowski: Zniszczenia wojenne rzeczywiście były jednym z ważniejszych tematów i problemów gospodarczych po wojnie. Komuniści to wykorzystali, budując wrażenie w społeczeństwie, że to oni wyłącznie są zdolni przeprowadzić proces odbudowy. Gdyby nie komuniści, to kraj by się nie odbudował? To jedno z fałszywych, propagandowych haseł, bo przecież odbudowa gospodarcza została przeprowadzona we wszystkich krajach, zniszczonych w czasie wojny, choć oczywiście nie aż tak zniszczonych jak Polska. Nie zmienia to faktu, że ten proces nastąpiłby w Polsce tak samo, gdyby to nie komuniści rządzili. Najlepszym przykładem jest odbudowa polskiej gospodarki po I wojnie światowej. Tamta odbudowa miała miejsce przecież w warunkach gospodarki rynkowej, była finansowana przez inflację, ale w ciągu 5-6 lat udało się gospodarkę postawić na nogi i pchnąć ją na tory rozwoju, jak na tamte czasy normalnego.

Jak wyglądały etapy budowy socjalistycznej gospodarki w Polsce?

Planowanie to hasło, które wówczas szczególnie wykorzystywano. Nie znaczy to oczywiście, że planów gospodarczej odbudowy nie miały inne kraje po wojnie i to nie tylko komunistyczne. Pierwszy plan gospodarczy po wojnie został przywieziony z Londynu. Tak zwany CUP (Centralny Urząd Planowania) w pierwszych latach funkcjonowania był kadrowo zasilany przez ludzi, którzy plany odbudowy mieli związane z działaniami rządu emigracyjnego. Czesław Bobrowski jest pierwszym szefem CUP-u. Koncepcje odbudowy w oparciu o trzy sektory: państwowy, spółdzielczy i prywatny, były formalnie akceptowane do 1948 roku. W lutym tego roku władze komunistyczne dokonały czystki w CUP-ie, usunięto Bobrowskiego, a wreszcie zlikwidowano sam CUP. Powołano wówczas Państwową Komisję Planowania Gospodarczego (PKPG) z Hilarym Mincem na czele. To już był sygnał do tego, że planowanie będzie oparte tylko na upaństwowieniu i centralnej dyspozycji państwa komunistycznego. Wkrótce zaczęto przygotowywać plan trzyletni na lata 1947-1949, który został w zasadzie wykonany. Od 1949 roku zaczęto przygotowywać plan sześcioletni, typowy dla gospodarki centralnie planowanej, tak jak to było w krajach satelickich wobec ZSRR. Ogromny nacisk położono na przemysł ciężki. Miał wówczas miejsce ogromny wzrost inwestycji w tego rodzaju przemyśle, nastawionym na zbrojenia. To był centralny punkt planowania. Zimna Wojna była mocno rozdmuchana, a przypominam, że w 1950 roku Korea Północna zaatakowała Koreę Południową i gospodarki satelickie ZSRR przygotowywały się do wojny, właśnie poprzez rozbudowę przemysłu ciężkiego.

Czy na tym tle można znaleźć jakieś niewątpliwe zasługi władz PRL na polu gospodarczym?

Niewątpliwie odbudowę gospodarczą przeprowadzoną w normie. Nie trwało to dłużej, niż można było się spodziewać. Nie wiem czy było to osiągnięcie gospodarki planowej, bo można tu mieć pewne zastrzeżenia, ale ta odbudowa nastąpiła stosunkowo szybko i… to właściwie tyle.

Jakie były zatem grzechy gospodarki centralnie planowanej?

Przyspieszenie inwestycji i przemysłu zbrojeniowego w ramach planu sześcioletniego odbywało się bowiem metodami ekstensywnymi. To główny grzech komunistycznej gospodarki nakazowo-rozdzielczej, że wykorzystywała zasoby dostępne, przede wszystkim prostej pracy, a inwestycje były oparte na przestarzałych technologiach. Blok komunistyczny odcinał się od świata i wykorzystywano technologie, które Sowieci mieli do swojej dyspozycji, a były to technologie jeszcze z lat 30. Krótko mówiąc, industrializacja z planu sześcioletniego i następnych planów wprowadzała do Polski duży sektor przemysłowy, ale oparty na technologiach, które nie były konkurencyjne wobec świata zewnętrznego. Można powiedzieć, że ten ekstensywny rozwój absorbował nadwyżki siły roboczej, czyli po prostu ludzie mieli zatrudnienie. Tyle tylko, że to zatrudnienie było trochę lipne, co nazywano często bezrobociem w miejscu pracy.

Co sprawiało, że polityka gospodarcza w późniejszych latach PRL stawała się coraz bardziej niewydolna?

To się brało z mechanizmów, które doskonale opisał János Kornai w swojej książce „Gospodarka niedoboru”, mianowicie z logiki systemu nakazowo-rozdzielczego. Logika systemu, w którym decyzje gospodarcze na najwyższym szczeblu i na szczeblach pośrednich były podejmowane przez kierownictwa partyjne, nie kierujące się fachowymi opiniami ekonomistów, stawały się przyczynami problemów. Decyzje te były podejmowane z przyczyn politycznych. Kornai nazywa to „pędem do ekspansji”, a niektórzy używają określenia „nadmiernego rozciągnięcia frontu inwestycyjnego”, czyli przegrzania inwestycji, rozszerzenie owego frontu, na co w efekcie brakuje sił wykonawczych i pieniędzy na wykończenie. Inwestycje więc przeciągają się, co jest zarówno marnotrawstwem pieniędzy, jak i rabunkowym wykorzystywaniem zasobów, a więc siły roboczej, istniejących surowców, środowiska, itd. Najkrócej w ten sposób można by opisać wadliwą logikę systemu obowiązującego w PRL. Pisałem o tym w książce pt. „Gospodraka”, krótkim przewodniku po gospodarce nakazowo-rozdzielczej.

Czy problemy Polski w ostatnich trzydziestu latach to „zasługa” gospodarki centralnie planowanej w okresie PRL?

W jakimś sensie to problem zmiany logiki gospodarowania, a więc odejścia od gospodarowania, opartego na czystej polityce. Rachunek ekonomiczny miał grać rolę decydującą. Podstawowym problemem III RP była jednak prywatyzacja. Komuniści znacjonalizowali wszystko co się dało i tzw. sektor uspołeczniony działał według mechanizmów gospodarki nakazowo-rozdzielczej. Leszek Balcerowicz za pomocą swoich reform, próbował przestawić gospodarkę na tory myślenia ekonomicznego. Wiązało się to oczywiście z ogromnym załamaniem systemu produkcji, wzrostem bezrobocia i koniecznością uruchomienia rynkowych mechanizmów, które dawałyby Polsce konkurencyjność. Brakowało jednak polskiego kapitału, a jeżeli był, to był nomenklaturowy, oparty na decyzji o dostępie do własności, bo był on w gestii nomenklatury. Nie jest ona jednak najlepszym żywiołem biznesowym, bo nomenklatura partyjna to ludzie nastawieni często na branie, a nie racjonalne, efektywne myślenie. Stąd się brał napływ zagranicznego kapitału, który uzależnił Polskę w jeszcze większym stopniu niż działo się to przed wojną. Niewątpliwie słabość rodzimego kapitału była ogromną, negatywną spuścizną PRL. Jeśli zaś chodzi o mentalność, to sądzę, że Polacy dość szybko przestawili się, lecz było to obłożone znów dużymi kosztami społecznymi. W Polsce wprowadzono coś na kształt wilczego kapitalizmu XIX-wiecznego, który stał się w ogóle pewną ideologią. Niewidzialna ręka rynku, o której tak wiele mówiono, miała w rzeczywistości charakter walki o pozycję na rynku przez monopole. Tego ideologowie „niewidzialnej ręki” nie zauważyli.

Na czym konkretnie ten mechanizm polegał?

Ten mechanizm był w istocie dopuszczeniem do wolnej gry największych podmiotów, głównie zagranicznych, co miało miejsce w przemyśle i bankowości. To niewątpliwie spuścizna po komunizmie, z którą gospodarka Polski ciągle sobie nie do końca radzi, mimo, że kapitał Polski daje nam stałe przyrosty dochodu. Gdyby było więcej polskiego, średniego kapitału, przypuszczam, że sytuacja byłaby lepsza. Kluczową rzeczą jest też oczywiście wejście do UE, gdyż to fundusze unijne nakręcają koniunkturę, o czym nie można zapominać, mimo wszystkich zastrzeżeń wobec Unii, które osobiście także podzielam.

Na koniec chciałbym zadać pytanie z kategorii historii alternatywnej. Czy w latach 1945-1989 gospodarka wolnorynkowa poradziłaby sobie lepiej z problemami Polaków?

To dobre pytanie, do czego ja sam często nawiązuje. Takie porównania długookresowe są interesujące, choć bardzo trudne. Trudno bowiem porównywać dzisiejszy dochód z przedwojennym, kiedy to nie było telewizorów, mało było samochodów, itd. Jest jednak pewna miara, która może nam powiedzieć co by było. Otóż, w 1930 roku polski dochód na głowę był porównywany do fińskiego, hiszpańskiego, a jednocześnie wyższy niż grecki i portugalski. W 1989 roku dochód w Finlandii był pięciokrotnie wyższy niż w Polsce, W Hiszpanii trzy razy wyższy, a w Grecji i Portugalii o kilkadziesiąt procent wyższy. Bylibyśmy gdzieś na poziomie Hiszpanii, mimo, że o czym nie wolno zapominać, Hiszpania miała wojnę domową. To moim zdaniem miara względnego opóźnienia rozwoju gospodarczego w Polsce na skutek komunizmu.

Dziękuję za rozmowę.