25.07.14, 10:33fot. Twitter

Świat boi się Rosji

Transport trumien ze Wschodu do kraju transportowym samolotem. Przejazd kolumny samochodów z ciałami. Milczenie, zaduma, kwiaty, wszechobecna czerń, bicie dzwonów, żałoba, łzy. Bardzo dobrze pamiętamy to, co przeżyliśmy po 10.04.2010 r. Teraz mogliśmy zobaczyć analogiczne obrazy i współczuć tragedii Holendrom.

Złowrogie milczenie

Ale świat zaniósł się oburzeniem i milczy. Już nie chodzi o to, aby Unia Europejska mówiła jednym głosem, bo nawet naiwny obserwator sceny europejskiej nie ma już złudzeń, że to całe bajanie o wspólnej Europie to fikcja. Nie ma choćby jednego kraju, który zdecydowałby się na ostre sankcje ekonomiczne wobec Rosji. Ekonomia bierze górę nad honorem.

Pojawiają się reakcje wręcz kuriozalne. „Karą” za zbrodnię ma być bojkot jakiś obchodów kulturalnych, jak zwykle coś tam górnolotnie powiedzą sławni aktorzy i sprawa się zakończy. Słychać nawet, że Rosji mają być odebrane prawa do organizacji futbolowego mundialu. Ale przecież to wydaje się niemożliwe, bo taka sankcja jest przecież niewyobrażalna w dzisiejszym świecie dwudziestoczterogodzinnej rozrywki.

Unijne władze nad projektem sankcji pracują od… marca! Jedynie cztery kraje: Polska, Szwecja, Litwa i Wielka Brytania są gotowe do zdecydowanych działań wobec Rosji. Przed tygodniem swoje sankcje rozszerzyli Amerykanie. Dotyczą one finansowania przez tamtejsze banki takich firm jak Rosnieft, Novatek czy Gazprombank. Jednak są one mało skuteczne i mogą rykoszetem odbić się na interesach firm z USA np. giganta Exxon Mobil mocno zaangażowanego we współprace z Rosjanami.

Najbardziej żenująca jest jednak postawa Holandii. Holendrzy, którzy od dawna odeszli od religii, a skupili się na walce o prawach gejów, o dostęp do narkotyków, pornografii i eutanazji, nie tylko czują się zagubieni w tym jak przeżywać żałobę, ale także politycznie nie są zdolni do podjęcia jakichkolwiek decyzji. Bierność holenderskiego rządu jest najbardziej uderzająca, choć do złudzenia przypomina defensywne zachowania Warszawy po tragedii naszego samolotu.

Wojna trwa

Po przedwczorajszym wywiadzie dla włoskiego „Corriere della sera”, w którym jeden z najemników otwarcie przyznał, że doszło do zestrzelenia malezyjskiego samolotu przez separatystów, przychodzi czas na bardziej oficjalne przyznanie się do winy. W rozmowie z dziennikarzami „Reutersa” do pomyłki przy zestrzeleniu maszyny przyznał się dowódca batalionu Wostok Aleksandr Chodakowski.

Chodakowski potwierdził także, że zestaw pochodził z Rosji i prawdopodobnie został do Rosji odesłany. Jednak winę za pomyłkę zrzuca na Kijów, który prowadził w tym czasie inne operacje powietrzne. Rebelianci obawiali się nalotów i dlatego zaatakowali zły samolot. Tym informacjom zaprzeczył jednak natychmiast prezydent Ukrainy Petro Poroszenko.

Tymczasem wczoraj nad regionem zestrzelono kolejne dwie ukraińskie maszyny. Amerykańskie źródła wywiadowcze donoszą z kolei, że przy granicy Rosjanie rozmieścili 12-15 tys. żołnierzy, rozdzielonych na mniejsze oddziały, które pozostają w gotowości bojowej. Napięcie rośnie, a Kreml dolewa oliwy do ognia.

Wychodzą na jaw kolejne personalne powiązania rzekomych spontanicznych przywódców anty-Kijowskiego powstania na Wschodzie. Wszystkie główne postaci tego dramatu są czynnymi agentami Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Dotyczy to nie tylko samozwańczych władz zbuntowanych obwodów, ale także dowodzących separatystami.

Przykładowo Alexander Borodai, mianujący się premierem Donieckiej Republiki Ludowej to przecież wykształcony w Moskwie Rosjanin, agent FSB w stopniu majora. Borodai brał udział w aneksji Krymu, doradzając Segiejowi Aksjonowowi, nowemu włodarzowi półwyspu. Po wykonaniu zadania został przerzucony do Doniecka.

Budujemy „Tarczę Polski”

Fiasko budowy natowskiej tarczy antyrakietowej i dynamika sytuacji na Wschodzie sprawiły, że przyspieszono projekt budowy lokalnej, polskiej tarczy antyrakietowej, która chroniłaby nasz kraj przed atakiem nieprzyjaciela. Pewnie nasi generałowie z zazdrością patrzą na Izrael, który łatwo radzi sobie z ostrzałem ze strony Hamasu, właśnie dzięki perfekcyjnie działającemu systemowi obrony przestrzeni powietrznej.

Już w ciągu najbliższego roku zostanie wybrany model, który będzie realizował nasz kraj. Prawdopodobnie wybierzemy, któryś z systemów amerykańskich znanych jako Patriot i MEADS. „Tarcza Polski” będzie więc nowoczesnym systemem antyrakietowym, który będzie bronił nas przed atakiem ze Wschodu, jeśli do takowego dojdzie. Projekt ma oficjalne poparcie administracji USA. W przyszłości „Tarcza Polski” mogłaby zostać częścią systemu obronnego Unii Europejskiej i NATO. Jednym z prawdopodobnych wykonawców może być koncern Lockheed Martin.

Nowoczesne systemy obrony anty-rakietowej wyposażone są w radary i systemy strącania obcych pocisków. Decyzje muszą zapadać jak najszybciej. Na budowę podobnego parasola ochronnego decydują się w tym samym czasie m.in. Włochy. Kto szybciej podejmie decyzje, szybciej będzie mógł się czuć bezpieczny. Niewykluczone stanie się także połączenie kilku systemów w jeden, w rozmowach biorą także udział Niemcy i Rumuni. Dużo bardziej realne jest jednak, że tarcza będzie dotyczyć wyłącznie Polski, gdyż jesteśmy najbardziej zdeterminowani, aby ona powstała.

Koszt tego przedsięwzięcia mieści się pomiędzy 3-5 mld dolarów. Zważywszy jednak ile kosztują tradycyjne działania wojenne, takie jak na Ukrainie, nie jest to wygórowana kwota. Szacuje się, że gdyby odpowiednie decyzje zostały zatwierdzone w 2015 r. już w ciągu trzech, czterech lat, system mógłby zacząć funkcjonować. Pytanie, czy mamy aż tak dużo czasu. Miejmy nadzieję, że tak.  

Tomasz Teluk

Komentarze

anonim2014.07.25 12:09
Tusk < i jego półgłupki >jest razem z Putinem utopiony w tym gównie jak lubi śmierdzieć to proszę bardzo ale w Moskwie a nie w Polsce