05.04.15, 16:30

Tykająca bomba, czyli o ryzyku jakie niesie ze sobą zabawa w Boga

Rozmowa z księdzem dr hab. Piotrem Kieniewiczem MIC.

Najpierw była burza po decyzji prof. Chazana, który odmówił aborcji dziecka z in vitro. Niedawno dyskusja toczyła się nad decyzją matki, która porzuciła dziecko z in vitro, gdy dowiedziała się, że jest chore, a do tego pomylono komórki podczas procedury. Czy kwestie związane z in vitro słusznie budzą tak skrajne emocje?

Rzeczywiście tak jest, ale sądzę, iż słusznie tak się dzieje. Kwestie, które są podejmowane, należą do tych najwyższej wagi. Nie chodzi o to, że to są pragnienia mężczyzn i kobiet, którzy chcą mieć dzieci, a nie mogą, choć niewątpliwie są to kwestie niezwykle istotne. Jednak cała dyskusja wokół in vitro, przynajmniej ze strony środowisk pro life, w tym także kościelnych - bo to nie są te same grupy - opiera się na kwestii znacznie ważniejszej od tych emocji.

Bo tu chodzi o życie, zdrowie, godność tych dzieci, które są poczęte techniką in vitro i o to, że ani życie, ani zdrowie, ani godność tych dzieci nie są w ogóle brane pod uwagę. W Polsce co roku rodzi się ok. 3 tys. dzieci z in vitro, co znaczy, że kolejnych 30 tys. nie ma szans na narodziny. One są albo przechowywane w ciekłym azocie, albo po prostu zabijane podczas selekcji preimplantacyjnej czy procedury zamrażania, a niekiedy także już w trakcie ciąży. Zabijane jako dzieci nadprogramowe, niepotrzebne, powodujące problemy.

...albo chore

...albo chore, czego dowiodła sytuacja, jaka miała miejsce z prof. z prof. Bogdanem Chazanem. Trzeba pamiętać, że te dzieci, którym jest dane się urodzić, często są obarczone wadami genetycznymi. Nawet jeśli ich nie widać, statystyka pokazuje, że ryzyko ich obecności i wystąpienia w kolejnych pokoleniach jest znacznie większa niż w przypadku dzieci poczętych drogą naturalną.

Ustawa, jaką zatwierdził niedawno brytyjski parlament, pozwalająca na mieszanie DNA trzech osób, by przy zapłodnieniu in vitro wykluczyć wady genetyczne u przyszłego dziecka, nie jest krokiem za daleko?

Krokiem za daleko jest samo wprowadzenie procesu in vitro. Procedura ta najpierw była stosowana w weterynarii. Czasem nadal jest tam wykorzystywana, ale raczej na poziomie eksperymentów, a nie w celach hodowlanych. Dlaczego? Bo poziom obciążenia wadami genetycznymi jest zbyt wysoki, by miało to jakikolwiek sens. Skoro in vitro nie przyjęło się w weterynarii, warto zadać pytanie: dlaczego przyjęło się wśród ludzi? Z medycznego punktu widzenia ja nie widzę żadnego uzasadnienia. Natomiast gdy chodzi o krok w kierunku manipulacji genetycznej polegający na wykorzystaniu materiału genetycznego od więcej niż jednej kobiety - tu znowu wrócę do kwestii podstawowej, czyli pytania o dobro dziecka. Oczywiście, że cel jest taki, by dziecko było zdrowsze, by ograniczyć problem z mutacjami genetycznymi. Ale trzeba mieć świadomość, że problem leży gdzie indziej. Mieszanie DNA wykluczy niektóre wady genetyczne, ale - jak zawsze przy tego typu procedurze - za cenę życia innych dzieci. Poza tym, mimo wysiłków techników wady genetyczne będą występować. Jak nie te, to inne. Natomiast samo przyzwolenie na procedurę w tej wersji, którą uruchomił brytyjski parlament, poszerzy grono ludzi obarczonych problemem niepewnej tożsamości.

To również coraz poważniejszy problem?

Rodzi się pytanie, czyim jest dziecko, które ma dwie matki genetyczne i jednego ojca. Do tego może jeszcze mieć dwoje rodziców, którzy zamówili to dziecko w klinice in vitro. Może też mieć matkę biologiczną, czyli tę, która nosiła je w łonie. Tych rodziców może być pięcioro, sześcioro i kto wie, czy w przyszłości nie więcej.

Naukowcy zapewne chcą zrobić wszystko, by mające narodzić się dzieci były zdrowe...

Domagamy się, by ludzie, którzy się rodzą, byli zdrowi. A co z tymi, którzy urodzą się chorzy albo takimi się staną?! Czy są gorsi?! Polityka eliminowania wad genetycznych jest tak naprawdę - z cywilizacyjnego i populacyjnego punktu widzenia - polityką samobójczą! Jej samobójczy charakter bierze się stąd, że wprowadza w gruncie rzeczy podziały o podobnym charakterze jak rasistowskie, bo wprowadza podział na lepszych i gorszych, na tych, którzy mają prawo do życia, i tych, którym się tego prawa odmówi. Jeżeli przyjrzymy się dokładnie temu, co dzieje się w genach w trakcie prokreacji, to u każdego człowieka występują jakieś wady genetyczne, każdy z nas ma jakiś problem. Jeśli to ma oznaczać, że nie nadajemy się do życia, to nie ma powodu, żeby ktokolwiek z ludzi mógł żyć.

Warto przypomnieć słowa Ronalda Regana: „o kwestiach aborcji i tym, kto ma żyć, a kto nie, wypowiadają się ci, którzy już się urodzili”. W grę wchodzi życie, zdrowie i godność ludzi, którzy są na najwcześniejszym etapie swojego rozwoju. Choć zbudowani z kilku, kilkunastu lub kilkuset komórek, są - w etycznym wymiarze - ludźmi w tym samym stopniu, co ci urodzeni. Jest rzeczą nieludzką i niegodziwą decydować o tym, że jedni maja prawo żyć, a inni nie.

[koniec_strony]

Naukowcy nie próbują przewidzieć skutków podejmowanych obecnie manipulacji? Co z coraz większym ryzykiem kazirodztwa w przyszłości?

To, że istnieje ryzyko związków kazirodczych, też jest problemem, ale w moim przekonaniu marginalnym. Znacznie poważniejszym staje się bomba genetyczna, która wybucha za każdym razem, gdy jest powoływane do istnienia kolejne dziecko z in vitro. Ona wybucha, choć jej skutki populacyjne są odłożone w czasie. W genetyce jest tak, że wady genetyczne mają zasadniczo charakter recesywny, czyli są ukryte. Większość ludzi wyglądających na zdrowych ma jakieś wady genetyczne. Natomiast w pewnym momencie, jeżeli tych uszkodzonych genów jest dużo, one zaczynają się ujawniać - zazwyczaj w trzecim, czwartym pokoleniu. W praktyce oznacza to, że wady genetyczne, które kreujemy podczas in vitro, wyjdą na jaw za jakieś 60-90 lat. My tego nie zobaczymy, ale nasze dzieci i wnuki już tak.

Dlaczego zatem podejmuje się takie ryzyko?

Bo ci, którzy je podejmują, nie patrzą w kategoriach ogólnopopulacyjnych i nie spoglądają w przyszłość. Ich interesują słupki popularności i wyniki najbliższych wyborów. Nie są zainteresowani tym, czy dana rzecz jest dobra, ale czy przyniesie im zysk. Ani politycy, ani ci, którzy pracują w klinikach in vitro, nie są zainteresowani dobrem pacjentów, ani skutkami odpalenia tej bomby genetycznej.

Czy nie chodzi więc w tym wszystkim po prostu o duże pieniądze?

Oczywiście, że tak! Seks-biznes, taki jak pornografia, od samego początku był niezmiernie dochodowy. Ale jeszcze większe zyski przynosi produkcja i sprzedaż środków antykoncepcyjnych, aborcji i in vitro. Do tego to wszystko odbywa się pod pijarowskimi hasłami „pomagamy ludziom” i przy aplauzie opinii publicznej. A są to ogromne pieniądze, zaś konsekwencje finansowe obecnie - przy refundowaniu zabiegu przez państwo - ponosi całe społeczeństwo. Także później, bo często te dzieci rodzą się jako wcześniaki, wymagają specjalistycznego leczenia przez długie lata. Za to płacą wszyscy. Płacą też same dzieci, które nie mogą się narodzić, bo są poddawane aborcji. Natomiast wśród tych, które się rodzą z in vitro obserwuje się już tzw. zespół ocaleńca. To schorzenie psychiczno-duchowe, polegające na tym, że ma się poczucie winy wobec nienarodzonego z in vitro rodzeństwa.

In vitro operuje na układzie: zamawiam, płacę, wymagam. Kiedy dziecko jest chore, zabija się je i podejmuje kolejną próbę. Ta sytuacja, kiedy kobieta odrzuciła dziecko, bo jest chore, a potem okazało się, że nie było jej, pokazuje jak fatalną jest ta medycyna, o ile w ogóle można to nazywać medycyną. Ona niczego nie leczy, co najwyżej zaradza problemowi bezdzietności. Rodzice nadal są bezpłodni, ponieważ nie byli prawidłowo diagnozowani ani leczeni. Dostali tylko zmontowane w laboratorium dziecko. Z punktu widzenia sztuki medycznej i troski o zdrowie, a więc pryncypium medycyny, jest skandalem, że te procedury są w medycynie w ogóle obecne.

Zatracamy człowieczeństwo?

Niestety, ale tak. To, czego jesteśmy teraz świadkami pokazuje, że ludzie chorzy nie są akceptowani i nie ma dla nich miejsca. Bo jeżeli istnieje podejrzenie, że dziecko jest chore, w standardzie ginekologii i położnictwa kobiecie proponuje się zabicie dziecka, tyle że obecnie nie wolno używać takiego terminu. Mówi się zatem o terminacji ciąży bądź jej przedwczesnym rozwiązaniu. Taki stosunek jest również widoczny w odniesieniu do ludzi starszych i chorych. Zaczyna brakować dla nich miejsca w dzisiejszym społeczeństwie. Wszystkie reformy służby zdrowia zakładają jak najmniejsze wydatki na osoby chore, byle był to poziom jeszcze społecznie akceptowalny. To takie sondowanie, na ile im przyznamy prawo do tego, by byli „równoprawnymi” uczestnikami życia społecznego.

Czy politycy to osoby upoważnione do decydowania, co jest moralne, a co nie?

Absolutnie nie. Istnieje poważny konflikt interesów. Zadaniem polityka - przynajmniej w praktyce demokracji europejskiej - jest być wybranym ponownie. Polityka to osobny zawód, a nie służba społeczeństwu i troska o nie. Przecież głosuje się nie na człowieka, tylko na partię. Dlatego lojalność polityka jest najpierw wobec swojej partii, a dopiero potem ewentualnie wobec społeczeństwa. Stąd partie wybierają to, co jest dobre dla nich, a nie dla ludzi. Nie ma miejsca na dobro i zło. Bo dobro wymaga rezygnacji i ofiary.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: "Echo katolickie" 2015

Komentarze

anonim2015.04.5 17:17
Jest to przykład oblednego dumania - gdyby nie te trzy tysiące urodzonych z invitro, to nie byłoby zadnych szans na te 30 tys., które traca szanse przy tej prcedurze. Inaczej mowiac, gdyby mo0ja matka wyszla za innego mezczyzne, to ja nie bylbym inny - nie byłoby mnie wcale.Amen!
anonim2015.04.5 17:49
brokrak; takie samo powikłanie myślenia jak pseudonim;
anonim2015.04.5 23:58
@brokrak... To oczywiste, że współżyjąc seksualnie z innym mężczyzną twoja matka by urodziła nie ciebie, ale kogoś innego, tzn. o innym DNA. Albo nie urodziła w ogóle. Nie w tym problem, ale w tym, że przy okazji zrodzenia ciebie w wyniku procedury in-vitro, towarzyszyłaby ci pewna liczba rodzeństwa, które nie miałoby szczęścia być wyselekcjonowanym jako najlepiej "rokującym nadzieję" na pomyślny rozwój i być skierowanym do implementacji. To rodzeństwo byłoby albo ukatrupione u zarania swego życia, albo czekało z coraz gorszą szansę na swój rozwój w jakiejś zamrażarce z ciekłym azotem.
anonim2015.04.6 0:12
@KrzysiekWarszawski ... Jeśli chodzi o "maniactwo" w dziedzinie seksualności, to raczej nie katolicy ją mają, ale ci wszyscy, co "uszczęśliwiają" ludzkość pornografią, "orientacjami seksualnymi", czy "seksedukacją", albo też "rozrodem wspomaganym", a potem dziwią się, że katolicy na ten temat się wypowiadają i mają coś im przeciwko. Nie katolicy mają problem, ale ci co takie problemy stwarzają i uważają, że to normalne. Poza tym trudno nazwać prawnych opiekunów dziecka poczętego metodą in-vitro rodzicami, gdyż są raczej klientami usług w dziedzinie rozrodczości, dostarczającymi im "produkt", czyli dziecko o określonych właściwościach, nawet w przypadku, gdy są dawcami gamet, z których to dziecko powstało, gdyż nie jest konieczne, aby takie zamówione dziecko było zaimplementowane do łona dawczyni gamety żeńskiej, skoro wykształciła się instytucja surogatek... Nikogo też nie "obsrywamy", ale mówimy po prostu prawdę o tym, czym ta procedura jest - produkcją dzieci, oderwaną od aktu miłości rodziców. Jeśli ktoś jest bezpłodnym, to widocznie natura wie co robi i należy jej wyrok przyjąć z pokorą, jeśli nie da się tego stanu cofnąć poprzez leczenie. In-vitro natomiast nie jest leczeniem bezpłodności, ale protezowaniem płodności.
anonim2015.04.6 0:50
@AirWolf … „Najlepiej od razu napiszmy, że wszyscy tylko czekają na sposobność by je zamordować.” Jeśli dziecko jest chore, źle prosperuje, to metoda in-vitro jak najbardziej jest nastawiona na zamordowanie takiego człowieka w jego początkowym stadium rozwoju. Na czym niby polega selekcja zarodków? Na wyborze tych „lepszych” i odstawieniu tych „gorszych” na przyszłość, która rzadko następuje. Tych najgorszych od razu się unicestwia i czynią to nawet najlepsze kliniki, które twierdzą, że nie zabijają zarodków, gdyż wystarczy przedłużyć im okres „obserwacji” i w sposób naturalny umrą poza organizmem matki. „Ilość wad genetycznych w populacji rośnie, bez względu na rodzaj poczęcia. Dzieci poczęte naturalnie również są obarczone ryzykiem wad. Czy mamy przez to przestać się rozmnażać?” Nikt z nas nie twierdzi, że mamy przestać się rozmnażać. Ale nie po to „matka natura” kształtowała rodzaj ludzki przez setki tysięcy lat, aby przez nierozważne działania, dla dochodowego biznesu, wprowadzać nowe mutacje, które mogą ludzkość zdziesiątkować w kilkaset lat. Nie wiemy przecież, czy zmutowani ludzie nie będą chorować na nieznane nam teraz choroby, które nie tylko, że będą dziedziczne, ale również mogą być przyczyną pandemii, związanych z łatwiejszym przenoszeniem przez takich ludzi zarazków odzwierzęcych, które, zmutowane w ich organizmach, staną się zarzewiem licznych chorób typu AIDS lub Ebola. „Ludzie chcą mieć własne biologicznie dziecko.” Dziecko jest darem dla rodziców, a nie ich prawem do posiadania dziecka. Dziecko natomiast ma prawo do być spłodzonym i urodzonym w naturalny sposób, bo to daje mu największe szanse na dobry rozwój fizyczny. „Hodowcy to większej różnicy nie robi - jedna krowa czy byk jest bezpłodna, rozmnoży inną.” Ale człowiek w swym uporze chce przechytrzyć naturę i ryzykuje obejście problemu, które jest przeciwskazaniem co do posiadania dzieci. Posiadanie dziecka nie jest obowiązkiem. „ Aspekt ekonomiczny również nie jest bez znaczenia, czy się to komuś podoba czy nie.” Czyli eugenika come back? Parędziesiąt lat temu ludzkość już to przerabiała z przerażającymi rezultatami tego typu myślenia i przyzwolenia na decyzje wynikającymi z niego. „Przy poczęciu naturalnym też się tak dzieje.” Poronienie naturalne jest czymś innym niż naumyślne zabójstwo rozwijającego się człowieka. „Tak samo jak protezy, implanty, okulary czy dializa. A właściwie nie tak samo. Od protezy nikomu noga nie odrosła, od dializy nerki się nie naprawią,” Mężczyzna jest bezpłodny gdy jest na przykład kastratem albo po wazektomii, a kobieta gdy na przykład nie ma macicy. Procedura in-vitro nie przywróci kastratowi jąder, a kobiecie od niej nie urośnie macica. „a po in vitro często osoby zachodzą normalnie w ciążę, mimo że wcześniej nie mogli.” Czyli nie byli bezpłodni, ale niepłodni , ze źle leczoną niepłodnością. „I kto tu traktuje dziecko instrumentalnie?” Ci którzy, je tworzą sztucznie i maja z tego niezły dochód. „Każdy ma swoje sumienie.” ??? A na czym niby to swoje „sumienie” opierasz? Skąd wiesz, co jest dobre a co złe?
anonim2015.04.6 11:12
@kropelka Ekspiacja jako sposób życia. Minęłaś już fazę obłędu.
anonim2015.04.6 12:51
@Toronto ... "@kropelka Ekspiacja jako sposób życia. Minęłaś już fazę obłędu." O czym ty bredzisz? Masz jakieś omamy po zażytych ziołach, bo o żadnej ekspiacji nie pisałam? :)
anonim2015.04.6 12:54
@Nowakowska ... "Kiedyś ci ludzie umierali . Nie było sztucznego podtrzymywania życia przez lata nie było przeszczepów itp." Naprawdę nie potrafisz odróżnić leczenia istniejącego życia od produkowania nowego życia? (tu... jęk rozpaczy nad dennością uwag Nowakowskiej)
anonim2015.04.6 12:59
Heja oszołomy! Dodam tylko, że ekonomia ma swoje bezwzględne prawa. Jeśli banda szklarzy wyprodukuje legion homunkulusów to koszt tej zabawy spowoduje nienarodzenie się 3x większej liczby ludzi. Poza tym - jeśli w społeczeństwie krążą takie podróby (obawiam się ze produkty szklarzy nie maja duszy, są jakby sztuczną inteligencją) to nie mamy pewności czy sami nie padniemy ofiarą takiego oszustwa. Straszna sprawa - puknąć taką nosicielkę mutacji, zdegenerowaną już u poczęcia przez niedouczonych techników weterynarii. No właśnie - przecież już od kilku przynajmniej lat wiadomo, że ludzkie DNA podczas zapłodnienia jest światłoczułe. A banda ssssynów, odstawionych od obrabiania krów, zapładnia w szkle pod mocnym światłem skazując swoje produkty na kolejne mutacje.
anonim2015.04.6 21:52
@kropelka Temu, ze Pani bredzi, dala juz Pani wyraz wielokrotnie. Ale zawsze trafi sie jakas nowa "perelka". Np. : "Nikogo też nie "obsrywamy", ale mówimy po prostu prawdę o tym, czym ta procedura jest - produkcją dzieci, oderwaną od aktu miłości rodziców." Taaaak jak widac wiele Pani wie o milosci rodzicielskiej rodzicow ktorzy maja dziecko z in-vitro. Moze Pani trwac w swoim zalosnym przekonaniu ze mozna rodzicom dzieci z in-vitro mowic, ze sobie wyprodukowali dziecko i to bez milosci. No i ze to prawda objawiona.... Ale prosze sie nie dziwic ze sa i tacy ktorzy nie pozwola sie "obsrywac" jakims tam kropelkom.
anonim2015.04.7 11:23
W kontekście słusznego stwierdzenia, że invitro jest tylko protezą, a nie wyleczeniem, zwróciłbym uwagę, ze współczesna medycyna w ogóle rzadko "uzdrawia", czy "leczy". Prawie wszystko opiera się na protezowaniu, sztucznym podtrzymywaniu, przypadkowym kombinowaniu substancji chemicznych, które doraźnie przynoszą ulgę, ale nie LECZĄ. Gdy się przyjrzymy bliżej, zobaczymy, że większośc poważnych chorób jest nieuleczalnych, choć udaje się usuwać ich objawy, przywracać ludzi do życia, są oni nadal wewnętrznie chorzy, tylko sztucznie podtrzymywani jakimiś lekami, maszynami, czy innymi nienaturalnymi środkami (więc nie "wyleczeni").
anonim2015.04.11 15:30
http://www.ivrp.pl/viewtopic.php?t=15391
anonim2015.04.11 15:33
In vitro posiada wadę moralną. Naprotechnologia nie.