11.06.16, 09:34

Wojciech Sumliński o rozmowie, której "nie było". Czy to początek końca Komorowskiego?

ROZMOWA, KTÓREJ „NIE BYŁO”

  Sekwencja wydarzeń, oparta o akta bezprecedensowej sprawy sądowej, nazywanej przez media „aferą marszałkową” przez długi czas została zakryta przed opinią publiczną, obwarowana klauzulą najwyższej tajemnicy, a nawet tajności. Nie dopuszczono do ujawnienia i poznania podstawowych faktów, ani nawet do transmisji tak bezprecedensowego wydarzenia, jakim było przesłuchanie przed sądem pod odpowiedzialnością karną urzędującego prezydenta. Polacy mieli nigdy nie dowiedzieć się o jego roli w spisku zawiązanym na szczytach władzy, ani w ogóle o istnieniu samego spisku, a jedynie o kłamstwach, które najważniejsi ludzie w państwie, z Bronisławem Komorowskim na czele, zbudowali na kanwie tej sprawy. Tymczasem kulisy tej historii – jak żadnej innej - pokazują, czym naprawdę była III RP i ujawniają fakt, w który tak wielu przez tak wiele lat powątpiewało – fakt istnienia w Polsce mafii państwowej.

<<< KUP NAJNOWSZĄ KSIĄŻKĘ SUMLIŃSKIEGO - POGORZELISKO ! >>> 

Co zatem wynika z procesowego zapisu wydarzeń? Oto fakty:

  W grudniu 2006 roku od oficerów Centralnego Biura Śledczego dowiaduję się o istnieniu Fundacji Pro Civili oraz o tym, co oficerowie CBŚ określili jako „działania osłonowe Bronisława Komorowskiego w odniesieniu do tej fundacji”. W tamtym czasie mam już świadomość, jak niebezpieczni to ludzie, proszę więc o pomoc informatora z ABW. Niechętnie, nie kryjąc obaw, obiecuje pomoc, ale pomaga niewiele, bo niedługo po naszym spotkaniu ginie w wypadku samochodowym, w niejasnych okolicznościach. Przypadek? Oficerowie CBŚ z którymi rozmawiam przekonują, by nie wierzyć w takie „przypadki”, zwłaszcza, że okoliczności wypadku budzą wątpliwości. Zaczynam obawiać się o siebie i bliskich - to ludzkie, zwłaszcza dla kogoś kto wie, z czym ma do czynienia. W tamtym czasie wydaje się, że jedyną siłą, która może mnie osłonić przed potencjalnym niebezpieczeństwem - takim czy innym - jest opinia publiczna. Konkluduję, że wiedza Polaków o Pro Civili oraz o Komorowskim być może uchroni mnie przed ewentualną cegłą spadająca na głowę w drewnianym kościele. Na przełomie 2006/2007 roku odbywam więc z marszałkiem trwającą kilkanaście minut rozmowę, na potrzeby programu śledczego „30 minut”. Komorowski opowiada obszernie i szczegółowo, jak wielką zbrodnią, w jego ocenie, była likwidacja WSI, ale już chwilę później, dopytywany o fundację żołnierzy WSI o nazwie Pro Civili, zasłania się niewiedzą i niepamięcią, by na koniec w sposób zawoalowany grozić i przerwać spotkanie.

To niezwykła rozmowa - bo według Bronisława Komorowskiego, marszałka Sejmu, a potem prezydenta Polski, tej rozmowy… nigdy nie było. Czym zatem jest jej fragment, który ocalał i kilka dni temu został wyemitowany w TVP? Czymże innym, jeśli nie dowodem na kłamliwe zeznania składane pod odpowiedzialnością karną przed prokuratorem, a potem przed sądem, przez prezydenta Polski?

To niezwykła rozmowa, bo na wiele następnych lat jej zapis znika bez śladu, zupełnie tak, jakby rzeczywiście nigdy jej nie było i nawet sąd nie może uzyskać dostępu do nagrania, bo nikt z władz TVP nie potrafi powiedzieć, co się z nim stało...

To jednak okazuje się dopiero później, w toku procesu. Tymczasem wydarzenia ze stycznia 2007 roku nabierają tempa. Bo oto zaledwie kilka dni po „rozmowie, której nie było”, w pierwszej połowie stycznia 2007 roku oficer WSI i znajomy Bronisława Komorowskiego, pułkownik Leszek Tobiasz, rozpoczyna swoją operację – wielką prowokację. Człowiek ów do stracenia ma niewiele, sporo zaś do wygrania. W tamtym bowiem czasie prokuratura garnizonowa prowadzi przeciwko niemu szereg postępowań karnych, w wyniku których grozi mu wieloletnie więzienie. Czy zbieżność dwu tych wydarzeń i dat - mojej rozmowy z Bronisławem Komorowskim i rozpoczęcia przez jego znajomego z WSI prowokacji, która ma doprowadzić do mojego aresztowania i zniszczenia Komisji weryfikującej żołnierzy WSI, to kolejny przypadek? Sporo tych przypadków, bo oto okazuje się, że w tamtym czasie - w styczniu 2007 roku, jak wykaże proces - pułkownicy wojskowych służb specjalnych, Leszek Tobiasz i Aleksander Lichocki, budują wielką pajęczynę. Ma w nią wpaść nie tylko wścibski dziennikarz, ale też członkowie Komisji Weryfikującej żołnierzy WSI i przede wszystkim jej szef, Antoni Macierewicza. Szantażując ustosunkowanego oficera wywiadu PRL, Mariana Cypla oraz poprzez usiłowanie wmieszania w brudną grę dwóch biskupów, Antoniego Pacyfika Dydycza i Sławoja Leszka Głodzia, pułkownicy szukają drogi dojścia do Komisji Weryfikacyjnej WSI i po raz pierwszy rozmawiają o mnie. Jak wykaże proces, w tym samym czasie zainteresowanie moją osobą wykazuje także Bronisław Komorowski, który rozpytuje o mnie na prawo i lewo, m.in. Krzysztofa Winiarskiego, agenta Centralnego Biura Śledczego, który kilka lat później opowie o tym szczegółowo w sądzie. Kontekst rozmów jest zawsze taki sam i sprowadza się w zasadzie do jednej tylko kwestii – czy jest coś, czym można skompromitować Sumlińskiego. Jak na gruncie logiki i zdrowego rozsądku, a przede wszystkim na gruncie prawdy, pogodzić to szczególne zainteresowanie Komorowskiego dziennikarzem, którego – jak zeznał pod odpowiedzialnością karną w prokuraturze i w sądzie -  nie znał i nigdy nie spotkał? Czy jest ktoś, kto potrafi wyjaśnić ten paradoks bez nazywania Bronisława Komorowskiego kłamcą?

   Dalsze wydarzenia w roku 2007 biegną już szybko. Komorowski i Tobiasz mają „swojego” człowieka, prowokacja jest już przygotowana w detalach - pozostaje tylko oczekiwanie na właściwy moment. Ten nadchodzi jesienią 2007 roku, gdy władzę przejmuje Platforma Obywatelska i gdy można już spointować to, co rozpoczęto wiele miesięcy wcześniej. Dochodzi do tajnej narady z udziałem marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, szefa Sejmowej Komisji ds. służb specjalnych Pawła Grasia, szefa ABW Krzysztofa Bondaryka i pułkownika WSI Leszka Tobiasza

(w stosunku do tego ostatniego prokuratura wojskowa bezterminowo zawiesza wszystkie postępowania karne, on zaś sam, w nagrodę za udział w podłej prowokacji, delegowany zostaje na wyjazd na placówkę dyplomatyczną). Opinia publiczna miała się nigdy nie dowiedzieć o tym „quasi mafijnym”, nieformalnym spotkaniu najważniejszych ludzi w państwie, po którym nie pozostał żaden ślad, żadna notatka, a dowiedzieliśmy się o nim tylko wskutek przestrachu Pawła Grasia, który zorientowawszy się, w czym bierze udział, przerażony zaczyna tu i ówdzie opowiadać o wszystkim, szykując sobie alibi na przyszłość. Graś, to najsłabsze ogniwo w grupie przestępczych spiskowców, dzięki któremu poznaliśmy pierwsze fakty, a po nich kolejne fakty, m.in. o tym, że w takim właśnie personalnym gronie zapadły ustalenia, które miały przypieczętować mój los, a w dalszej kolejności los członków i szefa Komisji Weryfikacyjnej żołnierzy WSI…

  W tamtym czasie nie dostrzegam jeszcze niewidzialnych, osaczających mnie mocy. I dopiero w marcu 2008 roku dostaję pierwszy i niejasny i sygnał, że coś się dzieje. „Jak masz niezałatwione sprawy, to je załatw”- ostrzeżenie majora Tomasza Budzyńskiego, szefa delegatury ABW w Lublinie, jednego z bohaterów mojej książki pt. „Pogorzelisko”, jest zbyt lakoniczne, bym zrozumiał, o co chodzi. To ostrzeżenie, za które major zapłaci później cenę nieomal śmierci, gdy psychopaci ze służb specjalnych najpierw zniszczą mu życie, a potem zakopią żywcem półtora metra pod ziemią…

  Co oznaczają sowa majora, zaczynam rozumieć dwa miesiące później, gdy rankiem 13 maja 2008 roku, zostaję zakuty w kajdanki przez funkcjonariuszy ABW i gdy słyszę w prokuraturze pierwsze zarzuty zagrożone karą do 8 lat pozbawienia wolności. Do pierwszych zarzutów z czasem dokooptowywane są kolejne, a powielane po tysiąckroć kłamstwa mamią opinie publiczną. W efekcie w oczach wielu zostaję uznany winnym zaocznie – i o to właśnie chodziło autorem podłej intrygi. Wraz z bliskimi mam zostać złożony na ołtarzu sprawy - bezwolny, zniszczony przyznać się do niepopełnionych win i obciążyć innych niewinnych ludzi, ważniejszych ode mnie. „Nie o pana nam chodzi, a tylko o prawdę, rozumie pan o czym mówię” – pyta konfidencjonalnie prokurator Andrzej Michalski, a w podobne nuty uderza jego koleżanka, prokurator Jolanta Mamej. I rzeczywiście – rozumiem doskonale, bo głupi by zrozumiał: mam mówić o rzeczach, których nie było, a wyrok będzie łagodny – może w zawieszeniu, a kto wie, może nawet nie będzie go wcale – byleby tylko powiedzieć, co trzeba i obciążyć, kogo trzeba. Jednym słowem mam ratować wolność i życie za cenę duszy. By mnie do tego przekonać, podli ludzie „podkręcają śrubę” doprowadzając mnie i najbliższych do granicy rozpaczy, za którą jest już tylko śmierć…

  Podkręcona do granic wytrzymałości śruba powoduje, że „gwint” pęka - moja próba samobójcza niweczy plany oprawców, bo już wiedzą, że za moim pośrednictwem nie dobiorą się do Komisji weryfikującej żołnierzy WSI. To kluczowy moment, w którym bandyci z mafii państwowej rozumieją już, że operacja może zakończyć się fiaskiem. Pozostaje już tylko ratować twarz, bo przecież trzeba jakoś uzasadnić uruchomione potężne środki, a zatem trzeba wykazać, że przestępstwo Sumlińskiego jednak miało miejsce. I to nie jedno, a wiele przestępstw.

To nie scenariusz amerykańskiego film sensacyjnego klasy B – to rzeczywistość III RP, „demokratycznego” państwa w strukturach Unii Europejskiej.  

  Przez osiem następnych lat desperacko, z pomocą tylko najbliższych i grona przyjaciół, opluwany i co rusz pomawiany o kolejne przestępstwa i nadużycia, prowadzę walkę, w której wielu skazało mnie zaocznie i w której na zdrowy rozum nie mam najmniejszych szans - bo nikt nie miałby szans mając za wrogów służby specjalne i prezydenta kraju. Dlatego wymodlonym cudem określam to, że wygrywam wszystkie procesy, jeden po drugim, w tym ten najważniejszy, w sprawie nazwanej przez media „aferą marszałkową”.

  16 grudnia 2015 sąd ogłasza, że jestem niewinny i że nigdy nie było żadnych dowodów mojej winy, zaś w oddzielnym postępowaniu bezwzględnie trzeba wyjaśnić rolę w tej sprawie Bronisława Komorowskiego, Pawła Grasia, Krzysztofa Bondaryka i Leszka Tobiasza…

  W czerwcu 2016 roku Telewizja Publiczna prezentuje fragment mojej rozmowy z Bronisławem Komorowskim – rozmowy, której według byłego prezydenta Polski nigdy nie było… Wyraźnie przestraszony Komorowski udziela wypowiedzi w mediach, m.in. dziennikarzowi „Rz”, w której informuje, że teraz liczy się z postawieniem przed Trybunałem Stanu i oskarżeniami, bo - jak twierdzi - ludzie którzy dziś rządzą Polską, „mają w sercach nienawiść”.

Czy to początek końca Bronisława Komorowskiego, byłego prezydenta Polski?

Wojciech Sumliński