VIII
PEŁNA ŁASKI
1989

Wciąż prowadziłem podwójne życie, nie wiedząc, jak pokonać to narastające napięcie, które zżerało mnie od środka. Wszystkie tkwiące we mnie sprzeczności osiągnęły punkt kulminacyjny tej pamiętnej nocy na oddziale położniczym szpitala w Norfolk, kiedy przyjąłem na świat dziecko ważące nieco ponad 500 gramów.

Po opuszczeniu sali operacyjnej włóczyłem się jeszcze przez chwilę po korytarzach, próbując oczyścić swój umysł. Wydarzenia tamtego poranka powtarzały się w mojej głowie niczym puszczany na okrągło film: Pacjentka mówiąca, że „chce się tego pozbyć”. Bez wsparcia partnera. Lęk przed wysokimi kosztami leczenia związanymi z utrzymaniem skomplikowanej ciąży. Moja uległość wobec jej życzenia zakończenia ciąży i zbyt powierzchownie przeprowadzony wywiad medyczny. Jej zdystansowanie. Brak kontaktu wzrokowego. Poród. Migające liczby na wadze: 505 gramów. Naciśnięcie przycisku alarmowego. Rozczarowanie na twarzy doktor Plumb, kiedy się pojawiła. Zespół ratunkowy wynoszący z sali maleńkie, ledwo łapiące oddech dziecko. Palące słowa tej lekarki, które na zawsze wyryły się w mojej pamięci: „Przestań mi przynosić guzy, John. Stać cię na więcej”.

Całe to zdarzenie wprawiło mnie w stan dezorientacji. Uświadomiłem sobie, że pominąłem niektóre pytania dotyczące historii zdrowia pacjentki, ale tylko dlatego, że skupiłem się na tym, co wydawało mi się ważniejsze: spełnieniu jej osobistej prośby – o aborcję. Gdybym nalegał na podanie większej ilości szczegółów, mógłbym uzyskać dokładniejsze informacje o rzeczywistym przebiegu jej ciąży.

Ale w moim odczuciu dostosowanie się do potrzeb pacjentki było najlepszą formą opieki, jaką mogłem jej zaoferować. Ceniłem sobie swoją reputację kompetentnego rezydenta położnictwa i ginekologii i nie byłem przyzwyczajony do tego, by kwestionowano mój osąd – ani osąd mojej pacjentki. Profesorowie zawsze chwalili moje spostrzeżenia kliniczne za ich klarowność i dokładność.

Dla mnie dobra medycyna oznaczała, że pacjentka zawsze ma rację, a zatem jako lekarz musiałem podporządkować własne uczucia jej potrzebom. Dokładnie tak postąpiłem. Jednak uwagi doktor Plumb całkowicie wywróciły do góry nogami moje postrzeganie dobrej medycyny i mocno mną wstrząsnęły.

A jednak różnica pięciu gramów nie była niczym więcej niż technicznym szczegółem, błędem, który mógł wyniknąć z nieprawidłowego wyzerowania wagi. Co w tym wielkiego? Gdybym tylko zafałszował liczby, nic by się nie stało, a szczerze mówiąc, nikt by nawet nie zwrócił na to uwagi. No, może oprócz doktor Plumb.

Wiedziałem, że jestem dobrym lekarzem. Pracowałem sumiennie, studiując anatomię i procesy biologiczne zachodzące u kobiet. Byłem pewny swojej wiedzy. Potrafiłem naukowo uzasadnić i ocenić zdolność do życia płodu, posiłkując się odpowiednimi statystykami.

Zaczynałem jednak rozumieć, że doktor Plumb patrzyła na płód z zupełnie innej perspektywy – przez pryzmat jego człowieczeństwa.

Nagle cały fundament mojej opieki nad pacjentkami zachwiał się pod tym ciosem. Przekonywałem sam siebie, że decyzja o urodzeniu niechcianego dziecka była jedynie wynikiem nieznacznego uchybienia z mojej strony. To była trudna sprawa, ale wmawiałem sobie, że postąpiłem właściwie, szanując wolę tej kobiety w obliczu sytuacji z medycznego punktu widzenia skomplikowanej. Czyż nie?

Powracały ciągle i uderzały mnie pełne wyrzutu słowa doktor Plumb, szczególnie boleśnie dotykając tej sfery mojego myślenia, która stanowiła kiedyś niezachwiany bastion najsilniejszych argumentów, za pomocą których mogłem się bronić. Czy byłem zbyt lekkomyślny, zakładając, że nienarodzone dziecko nie ma potencjału, a nawet woli, by przeżyć? Zaczynałem rozważać, czy w głębi duszy moje myślenie o medycynie nie jest błędne, a może wręcz złe. Przechodził mnie dreszcz, gdy tylko zacząłem się nad tym zastanawiać.

Moje serce i umysł szarpały przeciwstawne racje. Z jednej strony rezydent oddziału położniczo-ginekologicznego zdecydowany ocalić życie nienarodzonego dziecka pacjentki, z drugiej – ten sam lekarz traktujący żywy płód jak nowotworowy guz, który należy usunąć i wyrzucić. Słowa doktor Plumb wciąż mnie prześladowały: „Przestań mi przynosić guzy, John. Stać cię na więcej”.

Było późne popołudnie, gdy uświadomiłem sobie, że znów zapomniałem zjeść lunchu. Ruszyłem więc w stronę pokoju lekarskiego, licząc, że znajdę tam kanapkę ze sponsorowanego przez firmę farmaceutyczną posiłku dla lekarzy w ramach spotkania, które nie było obowiązkowe dla rezydentów. Teraz żałowałem, że mnie tam nie było. Zerknąłem do środka i zobaczyłem tylko puste pudełka w koszu na śmieci. Spóźniłem się, nie było nawet resztek.

Miałem zaledwie kilka minut, aby uspokoić umysł przed przyjęciem kolejnej pacjentki. Jak dotąd nie poczułem się wcale lepiej po tym, co wydarzyło się tego ranka.

Wracając do kliniki, mijałem korytarz łączący Ogólny Szpital w Norfolk ze szpitalem dziecięcym (Children’s Hospital of the King’s Daughters). Na tamtejszym oddziale noworodków funkcjonowała intensywna terapia trzeciego stopnia, co pozwalało na opiekę nad bardzo małymi i ciężko chorymi wcześniakami urodzonymi przed 32. tygodniem ciąży. Neonatolodzy dysponowali wtedy nowoczesnym sprzętem do wentylacji i potrafili ratować dzieci urodzone już w 23. tygodniu – co w 1989 roku było niezwykłym osiągnięciem. Ich zespół specjalizował się w leczeniu niedojrzałych płuc płodów i odnosił duże sukcesy w walce o noworodki balansujące na granicy życia i śmierci.

Zastanawiałem się, czy lekarzom z tego oddziału udało się jakimś cudem uratować ważące 505 gramów dziecko, które kilka godzin wcześniej przyjąłem żywe na świat. Wiedziałem jednak, że szanse jego przeżycia były minimalne.

Fragment książki pt. „Moje nawrócenie – z aborcji na medycynę chroniącą życie”, John Bruchalski, Biały Kruk, Kraków 2026

Publikacja za zgodą Wydawnictwa.

Książkę można zamówić TUTAJ