W rozmowie na antenie RMF FM dziennikarz Piotr Salak dopytywał wiceministra z Polskiego Stronnictwa Ludowego o sens zakupu drukarki 3D do budowy bunkrów. Pytania były proste, niemal staroświeckie: ile to kosztuje, po co, dlaczego tak i czy naprawdę nie dało się tego zrobić taniej, szybciej i… po polsku z betonu.

Odpowiedzi… bo to nowoczesne. Bo przecież technologia. Bo innowacja. Bo przyszłość. W tle jednak majaczyły niewygodne alternatywy: krajowe zakłady prefabrykatów, wojska inżynieryjne, sprawdzone rozwiązania, które – niestety – nie robią wrażenia na slajdach i nie brzmią tak futurystycznie jak „druk 3D”.

Ironia polega na tym, że bezpieczeństwo państwa zaczyna przypominać gadżet z targów innowacji. Zamiast pytania „czy to działa?”, coraz częściej słyszymy „czy to się dobrze sprzedaje narracyjnie?”. A przecież bunkier, w przeciwieństwie do prototypu, nie musi być sexy. Ma być gruby, ciężki i odporny na uderzenia.

Aż strach pomyśleć, na co jeszcze wydaje pieniądze MON pod zarządem PSL i Władysława Kosiniaka-Kamysza.