21.08.17, 09:00fot. KPRP

NASZ KOMENTARZ: Aneks jako źródło mocy

Większość z nas pamięta film „Mgła”, nakręcony niedługo po katastrofie smoleńskiej, w którym prawnik św. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, podsekretarz stanu w jego kancelarii, Andrzej Duda, opowiada o tym, jak otoczeniu ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego i jemu samemu, spieszno było do przejęcia obowiązków głowy państwa.  Pośpiech ludzi marszałka Komorowskiego był tak wielki, że jak twierdził prezydencki doradca, chcieli niemal przejmować władzę na podstawie paska z informacją w wiadomościach, przebiegającego po ekranie telewizora.  Główny powód takich działań był podobno jeden: nieodparta chęć zapoznania się z treścią aneksu do raportu o likwidacji WSI.

„Już 10 kwietnia Komorowski buszował po biurach i czytał aneks- powiedział Wojciech Sumliński w rozmowie z Radiem Wnet.- Dlatego nie chce podać daty, bo to byłaby dla niego kompromitacja.”

Sam prezydent Komorowski nie mógł się zdecydować, kiedy z aneksem zdołał się zapoznać i czy w ogóle widział go na oczy. Podczas słynnego przesłuchania w Pałacu Namiestnikowskim, nagranego telefonem komórkowym przez Michała Rachonia w grudniu 2014 r., na pytanie red. Sumlińskiego, prezydent Komorowski oświadczył pod przysięgą, że „prawdopodobnie czytał aneks do raportu WSI”. Stan prezydenckiej pamięci nie poprawił się do marca 2015 r., kiedy to w wywiadzie z red. Moniką Olejnik, powiedział, że sama informacja czy czytał aneks objęta jest tajemnicą, ale pani redaktor może się przecież domyślić. Czego miała się domyślić pani redaktor, podobno zdekonspirowana przez śp. prezydenta Kaczyńskiego jej rzekomym pseudonimem operacyjnym, mającym mieć swoje źródło w aneksie? Tego już prezydent Komorowski nie wyjaśnił.

Nie do końca było jasne, z jakich powodów liczący 886 stron aneks nie został opublikowany przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W jednym z wywiadów prasowych pojawiła się wypowiedź byłej głowy państwa, że autor, min. Antonii Macierewicz „czasami formułuje tezy zbyt daleko idące w stosunku do faktów, którymi dysponuje.” Czy to wystarczyło, żeby jeden z najsłynniejszych w Polsce dokumentów nie został przez prezydenta Kaczyńskiego odtajniony? Wieść gminna niesie, że w 2010 roku istniała ogromna pokusa wykorzystania w kampanii prezydenckiej ekskluzywnej wiedzy, jaka znajduje się w aneksie, tym bardziej, że kontrkandydatem śp. prezydenta Kaczyńskiego miał być jeden z przypuszczalnych bohaterów tego dokumentu, czyli Bronisław Komorowski.

Obserwując ostatnie poczynania ośrodka prezydenckiego, próby emancypacji ze swojego środowiska politycznego i jednoczesnego wejścia w komitywę ze środowiskami, stanowiącymi trzon pookrągłostołowych przemian w Polsce, należy postawić pytanie o aktualne źródła prezydenckiej mocy. Czy i tym razem nadgorliwi doradcy nie mogli oprzeć się pokusie użycia „księgi tajemniczej”, celem osiągnięcia przełożenia na trzymające władzę grupy, do tej pory niechętne prezydentowi Dudzie? Czy samo zawetowanie ustaw sądowych wystarczyło, żeby z ust wybitnych osobistości świata prawniczego i politycznego III RP zaczęły płynąć strumienie pochwał, zachwytów, komplementów i westchnień?

Już kilka miesięcy po objęciu urzędu, w październiku 2015 r. prezydent Duda unikał zajęcia jednoznacznego stanowiska w tej sprawie. W wywiadzie dla stacji TVN24 stwierdził, że:

"Ja w tym zakresie wobec moich rodaków do niczego się nie zobowiązałem, oni mieli inne sprawy do mnie, natomiast tę kwestię oczywiście rozważę jako prezydent RP."

Do dziś zarówno bezpośrednie otoczenie głowy państwa, jak i sam prezydent nabierają wody w usta i nie chcą nawet potwierdzić, czy ten dokument nadal fizycznie istnieje i czy znajduje się w dyspozycji głowy państwa. W wywiadzie dla portalu wPolityce.pl z sierpnia 2015 r. minister Paweł Soloch, szef BBN’u, oświadczył:

„Według informacji, które dostałem formalnie z archiwum – w kancelarii tajnej nie ma aneksu, o który panowie pytają. Nie ma go na terenie Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Poinformowałem o tym prezydenta i to wszystko, co w tej sprawie mogę na tę chwilę powiedzieć.”

Mija 10 lat od likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych a my nadal nie wiemy, kto tak naprawdę opisany jest na kartach obszernego dodatku do raportu z ich likwidacji. Obydwa dokumenty liczą o 200 stron więcej niż „Trylogia” Henryka Sienkiewicza. A zatem interesujących historii i postaci z pewnością przewija się tam wiele: setki krwistych bohaterów i krwawych przygód, niezliczonych wątków, perypetii i wydarzeń. O aferach, przekrętach, zabójstwach i zdradach nie wspominając.

Dziesięciolecie to dobra okazja. Miejmy nadzieję, że ta współczesna epopeja o losach III Rzeczpospolitej nie przepadła na dobre i już w tym roku, np. w ramach prezentu pod choinkę, będziemy mogli cieszyć się unikalną literaturą faktu z historii najnowszej naszego kraju.

Paweł Cybula

Źródło: Niezalezna.pl, TelewizjaRepublika, wPolityce, TVN24, Wprost