12.09.16, 13:31fot. Twitter

Witold Jurasz dla Frondy: Kremlowska propaganda pada na podatny grunt

Joanna Jaszczuk, Fronda.pl: "Washington Post" pisze, że FBI we współpracy z dyrektorem Wywiadu Narodowego (DNI) Jamesem R. Clapperem rozpoczęła śledztwo w sprawie działalności rosyjskiej agentury w Stanach Zjednoczonych. Jednym z powodów są ataki hakerów powiązanych z Rosją na serwery władz stanowych czy systemy komputerowe Białego Domu i szerzenie propagandy.

Witold Jurasz, Ośrodek Analiz Strategicznych: To, że Rosjanie intensywnie pracują w zakresie propagandy nie jest żadnym zaskoczeniem. W bardzo aktywny sposób wykorzystują np. internet, którym posługują się skądinąd bardzo inteligentnie. Ich celem nie jest otóż przekonanie do rosyjskiej polityki, ale raczej uczynienie amerykańskiej polityki słabą lub nieskuteczną. Rosjanie są realistami i rozumieją, że ani polityka amerykańska, ani polska, nie będą takie, jak rosyjska. Wystarczy jednak mała zmiana, spowodowanie braku zdecydowania, aby osiągnąć swój cel. W wypadku Polski widać, jak bardzo Rosjanie zainwestowali w treści skrajnie antyukraińskie. I daje to efekt, bo już teraz bardzo wyraźnie widać, że np. polityka wschodnia rządu PiS zasadniczo odbiega od tej, którą nazwaliśmy "polityką Lecha Kaczyńskiego".

Mówił Pan, że w Polsce również można zaobserwować podobne zjawiska. Na polskich serwisach informacyjnych rzeczywiście mnóstwo jest antyukraińskich, antyamerykańskich, antynatowskich komentarzy, filmów czy innych treści. W takich wpisach czy filmach w internecie powtarzają się opinie, że należy "dogadać się z Rosją"; czy- po atakach terrorystycznych z ostatnich miesięcy- "tylko Rosja może zatrzymać inwazję islamistów"...

Treści antyukraińskie, antynatowskie, w ogóle antyzachodnie, propaganda o rzekomej zgniliźnie moralnej Zachodu to niby różne nurty, ale koniec końców one się w przedziwny sposób łączą w spójny przekaz, w którym Rosja ma rzekomo dawać nadzieję. Gdy więc mowa o moralności to Zachód miałby być całkowicie amoralny, ale na tym przekaz się nie kończy bo to w tej narracji chodzi, bo po A zawsze pada B. Oto więc Zachód jest niemoralny, a Rosja, dla odmiany- moralna. Dla każdego, kto ma jakiekolwiek pojęcie, jakim krajem w rzeczywistości jest Federacja Rosyjska, będzie to absolutną bzdurą. Rosja jest bowiem krajem, w którym elity reprezentują skrajnie niski poziom moralny. Przypomnę, że "moralność" to nie tylko kwestia moralności seksualnej, ale również dotyczącej takich spraw, jak stosunek do własnego państwa: czy okrada się państwo, czy się go nie okrada; czy robi się wszystko, by to państwo „doić”, czy też pracuje się na rzecz tego państwa. Rosja nie jest tu dobrym przykładem, ale również np. w zakresie moralności seksualnej nazywanie jej przykładem jest bzdurą. Gdy jednak o moralności seksualnej mowa to mamy problem polegający na tym, że ta moskiewska propaganda pada na podatny grunt. Wśród części prawicy, zarówno w Polsce, jak i na Zachodzie, mamy do czynienia z taką dawką homofobii, że rzekomy konserwatyzm Federacji Rosyjskiej powoduje, iż automatycznie uważa się ją za lepszą czy bardziej moralną. Istotą problemu nie jest więc rosyjska propaganda, ale nasza podatność na nią. Powiedziałbym, że Polacy powinni szczególnie solidnie przyjrzeć się tej własnej słabości i własnej podatności na te działania, bo jeśli ktoś nad Wisłą z racji swych fobii dot. ludzkiej seksualności wpada w zachwyt nad niezwykle heteroseksualnym Władimirem Putinem którego armia ćwiczy heteroseksualny atak jądrowy na Warszawę, to taki ktoś nie ma problemu z własną seksualnością, ale z własnym rozumem.

Pentagon ostatnio powiedział "dość" również rosyjskim prowokacjom z użyciem sił zbrojnych. "Rosja znów eskaluje napięcie. Takie zachowania mogą doprowadzić do poważnego wypadku"- w ten sposób rzecznik Pentagonu skomentował incydent w rejonie Morza Czarnego z minionego tygodnia, gdy do amerykańskiego Boeinga P8-A patrolującego tamte okolice zbliżył się rosyjski Su-27 i przez ok. 20 min. z odległości 3 m wykonywał niebezpieczne manewry

Rosjanie rzeczywiście dopuszczają się naruszania pewnych reguł, które obowiązywały- w pewnym stopniu- nawet w okresie "zimnej wojny". Dochodziło do incydentów, na przykład przepływania okrętów w tak bliskiej odległości, że zrywały się cumy, w przypadku, gdy jeden okręt pobierał paliwo od drugiego. Jako, że takie incydenty miały miejsce, wypracowano pewne metody w celu zapobieżenia tragedii. Potencjalnie, konsekwencje są takie, że ktoś kiedyś może otworzyć ogień. Osobiście nie wierzę w to, co często się mówi- że Rosja testuje reakcje NATO i bada w ten sposób nasze procedury. Rosjanie doskonale już bowiem wiedzą, że brak reakcji NATO nie wynika z powolnego czasu reakcji, czy niedoskonałej technologii, tylko z faktu, że Sojusz po prostu nie daje się wciągnąć w tego rodzaju niebezpieczną eskalację. Podejrzewam, że celem Rosji jest po prostu przesuwanie granic- spowodowanie tego, byśmy np. przestali reagować na naruszanie przestrzeni powietrznej państw bałtyckich. Chodzi o to, byśmy nie wysyłali swoich myśliwców, gdy Rosjanie latają nad państwami bałtyckimi. Z czasem prowadziłoby to do uznania, że Rosjanie mają jakieś prawo do latania w tej przestrzeni powietrznej – w konsekwencji do ograniczania suwerenności państw bałtyckich. To, że Zachód nie daje się sprowokować, wydaje mi się rozsądne. Można oczywiście powiedzieć, że lepsza była reakcja turecka, gdy rosyjski samolot został po prostu strącony. Jednakże, jak już dziś wiemy, ta twardość Turcji wobec Rosji była tylko chwilowym fenomenem. Po drugie- jest to kwestia przyjęcia pewnej filozofii. Logika podpowiadałaby, że jeśli nie postawimy Rosji granicy, Federacja Rosyjska będzie się cały czas przesuwać. Z drugiej jednak strony- wiemy też, że Rosjanie w takim przypadku zareagowaliby bardzo emocjonalnie, ponieważ inaczej nie mogą. Doprowadzili bowiem państwa do takiej histerii nacjonalistycznej, że musieliby zareagować. W związku z tym uważam, że wstrzemięźliwa reakcja jest tą właściwą, pewnego rodzaju "złotym środkiem". Gdyby miało jednak kiedyś dojść do wymiany ognia, kluczową kwestią jest, by była to wymiana ognia pomiędzy amerykańskimi lub lepiej niemieckimi czy też francuskimi siłami, a rosyjskimi, a nie np. pomiędzy naszymi siłami zbrojnymi (czy też siłami zbrojnymi państw bałtyckich) a Rosjanami. Gdybyśmy bowiem to my wdali się w taką strzelaninę, Rosjanie natychmiast spróbowaliby to zdyskontować. W związku z tym istotnym jest, żebyśmy to nie my byli tymi, którzy w razie czego będą strzelać. Generalnie uważam jednak, że dobrze by było, gdyby do takiej sytuacji nie doszło.

Z punktu widzenia tego, co dzieje się w dzisiejszym świecie i z punktu widzenia bezpieczeństwa i lepszych perspektyw współpracy dla Polski- kto z kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych byłby lepszy? Wiele jest opinii mówiących, że Hillary Clinton i Donald Trump to jak "wybór między dżumą a cholerą"...

Zdecydowanie Hillary Clinton, która ma oczywiście tysiąc wad. Problem jednak polega na tym, że jej wady nie są w żaden sposób nawet bliskie wadom Donalda Trumpa. Powiedziawszy to muszę jednak dodać pewien znak zapytania. W tradycji amerykańskiej jest bowiem tak, że politycy, zostając prezydentami, nagle stają się bardzo przewidywalni i w istocie- w większym lub mniejszym stopniu- kontynuują politykę przeciwników. Pytanie czy byłoby tak w przypadku Donalda Trumpa. Po raz pierwszy mamy tu poważne wątpliwości, co więcej- wątpliwości mają również sami Amerykanie i elity amerykańskie. Pierwszy raz w historii mamy do czynienia z przypadkiem, gdy amerykańscy urzędnicy wysokiego szczebla mówią, że jeśli wybory wygra Donald Trump, to nie będą mu służyć. To ewenement, do tej pory nie mieliśmy z czymś takim do czynienia. Odpowiadając jeszcze raz na Pani pytanie, zdecydowanie lepiej jest, by była to Hillary Clinton. Nie znaczy to oczywiście, że Hillary Clinton będzie oznaczać rewolucyjną zmianę, ponieważ tutaj także mogą czekać na nas zaskoczenia. Niezależnie od tego, kto z tej dwójki zostanie prezydentem USA, wyzwaniem będą dla nich Chiny, a nie Rosja. Zarówno dla Clinton, jak i dla Trumpa Rosja pozostanie potencjalnym sojusznikiem w walce z Chinami. Mamy w pewnym sensie do czynienia z odwrotną sytuacją w stosunku do tej z czasów zimnej wojny, gdy administracja Nixona doszła do wniosku, że Mao Tse Dung może być świetnym sojusznikiem w zwalczaniu Związku Sowieckiego. Pamiętajmy, że Nixon był bardzo radykalnym antykomunistą. Twardy antykomunista tymczasem był w stanie porozumieć się z chińskim komunistą po to, żeby realizować interesy narodowe USA, bo na tym polega geopolityka. Innymi słowy, kto wyborów nie wygra będzie realizował – lepiej lub gorzej – ale amerykańskie, a nie nasze interesy.