15.11.18, 11:10Witold Jurasz, fot. via Twitter

Witold Jurasz: Mój 11 listopada

W przeddzień Święta Niepodległości wpadłem na pomysł, żeby spotkać się z przyjaciółmi, z którymi nieraz dyskutujemy na tematy polityczne. Idea była taka, żeby lampkę wina za Niepodległą mogli, niezależnie od dzielących nas czasem różnic, wypić ludzie od lewa do prawa. To tak, wydawałoby się, banalny pomysł, że aż niegodny opisywania. Tyle, że w Polsce już ze sobą nie rozmawiamy.

Normą w naszym kraju stało się to, że rozmawiamy tylko z tymi, z którymi się zgadzamy, a gdy coś zaczyna nas różnić to nie tylko rozmowa, ale i znajomości, ale nawet przyjaźnie się kończą. Środowiskową zasadą jest to, że ludzi się akceptuje albo bezwarunkowo i w imię swoich lub wspólnych interesów nie krytykuje nawet, gdy się z nimi nie zgadza, albo dla odmiany w ogóle nie akceptuje, nie zaprasza na debaty i konferencje, nie dyskutuje i nie zauważa istnienia. W efekcie debaty eksperckie nie są debatami a spijaniem sobie z dzióbków. Ludzie do paneli dobierani są w większości przypadków wg takiego klucza, żeby przypadkiem nie doszło do starcia poglądów. W efekcie w kraju, w którym w polityce każdy każdego nienawidzi debaty eksperckie są zupełnie już oderwane od rzeczywistości, bo jak to możliwe, że w tym samym kraju, gdzie z jednej strony nie ma już consensusu w podstawowych nawet sprawach obok istnieje rzeczywistość, w której dla odmiany wszyscy się ze wszystkimi zgadzają (albo unikają sporu, nawet, gdy jest on wręcz potrzebny).

Powyższe dolegliwości są szczególnie silne w najbardziej interesującej mnie dziedzinie, czyli w polityce zagranicznej, gdzie zasadą dużej części środowiska jest używanie słów do ukrywania myśli i takie formułowanie myśli, by w razie zmiany władzy zawsze być na fali. Wszystko powyższe spowodowało, że jestem dzisiaj de facto poza "środowiskiem". Poza nim jest chyba również Jacek Bartosiak, z którym można się zgadzać, albo nie, ale który ma konkretne, wyraźnie sprecyzowane poglądy i który mógłby chyba przyjąć przydomek "Cat". Bo też chadza własnymi ścieżkami.

Jak czytelnicy moich tekstów wiedzą napisałem niedawno bardzo krytyczny tekst o geopolityce, do spopularyzowania której wydatnie przyczynił się właśnie Jacek. Mam nadzieję, że wybaczą mi wszyscy pozostali uczestnicy naszego wieczornego spotkania 10 listopada, że nie im, a Jackowi poświęcam ten wpis. Zaprosiłem otóż na wspomniane spotkanie Jacka, a on - na przekór naszym "zasadom" debaty - zaproszenie to przyjął. Oto więc ja skrytykowałem część tego, co Jacek głosi, a kilka dni później spotkaliśmy się i przyjaźnie rozmawialiśmy. Chwilę później spierali się Jacek i również co i ja sceptyczny wobec niektórych aspektów narracji geopolitycznej Piotr Maciążek. Skądinąd okazuje się, że dzieli nas mniej niż mogłoby się wydawać, choć na pewno tu i ówdzie nadal spór ma miejsce, ale nie o to przecież chodzi. Chodzi o to, że skoro koniec końców chodzi o to, by Polska była częścią Zachodu, a nie Wschodu, to należy po prostu rozmawiać tak jak to się robi na Zachodzie, a nie jak Wschodzie. I to był mój 11 listopada. Bylem choć na chwilę na Zachodzie. I za to Ci Jacku dziękuję.

Witold Jurasz

źródło: facebook