14.12.15, 17:38

Polska musi skutecznie odstraszać agresorów!

Rosyjski rewanżyzm

Ośrodek Analiz Strategicznych, którego mam zaszczyt być prezesem został stworzony przez bardzo różnych ludzi o różnych drogach życiowych i różnych poglądach na wiele spraw. Łączy nas spojrzenie na kwestie bezpieczeństwa i tego, iż jego podstawą jest NATO, a racją stanu – utrzymanie więzi transatlantyckich. Wysoko cenimy też udział Polski w Unii Europejskiej. Łączy nas przekonanie, iż Polski nie stać na polsko – polską wojnę w sprawach podstawowych. Prezes Rady Fundacji OAS Michał Broniatowski, który daleki jest od poparcia dla PIS, a entuzjastą ministra Macierewicza pewnie nigdy nie zostanie napisał, odnosząc się do wywiadu ministra Szatkowskiego: „co do meritum, to, jak wiemy z filmów przyrodniczych, podstawową taktyką obronną małych zwierząt w dżungli, jest przede wszystkim ucieczka, a poza tym odstraszanie. Każdy goryl czy pyton musi brać pod uwagę, że choćby nie wiem jak był silniejszy, to atakowanie jeża wiąże się z pewnymi przykrościami. Polska uciec nie może więc musi móc odstraszać. To prawda, tym bardziej ponura, że choćbyśmy nie wiem jak chowali głowę w piasek, to stoimy wobec realnego zagrożenia wojną”.

Polska jest zagrożona przez rosyjski rewanżyzm i militaryzm. Nasze bezpieczeństwo nie dotyczy jednak tylko tego, co się stanie w wypadku wojny. To kwestia tego, czy będąc krajem bezpiecznym i na trwałe zakotwiczonym na Zachodzie, zdołamy przyciągać inwestycje i kapitał i będziemy dzięki temu nadganiać dystans cywilizacyjny, który nadal oddziela nas od naszych partnerów ze „starej Europy”. Rosja niestety powróciła do neoimperialnego myślenia, a miazmaty przeszłości wyznaczają jej myślenie. Warto pamiętać, iż zarówno w czasie manewrów Zapad tak w 2009, jak i wg innych doniesień również w 2013 Moskwa ćwiczyła nie tylko wojnę konwencjonalną z Polską, ale nawet atak jądrowy na Warszawę. Polska w tym samym okresie (2009) rozformowywała jednostki, leżące na wschód od Wisły, które miałyby bronić Warszawy oraz deklarowała polityczne zbliżenie z Moskwą. Otrzeźwienie przyszło wraz w wojną na Ukrainie. Rzecz nie w tym jednak, by publicznie porównywać Władimira Putina do Adolfa Hitlera (czego robić nie wolno, a co robili pełniący poważne funkcje polscy politycy, którzy najpierw popierali reset, by potem ostrą retoryką przykrywać swoje błędy), ale by podjąć takie konkretne kroki, które spowodują, iż Polska będzie dalej mogła się rozwijać. Dzisiejsze możliwości militarne oraz posiadane przez nas gwarancje bezpieczeństwa nie są zadowalające.

Aby przekonać naszych sojuszników do większego zaangażowania i udzielenia nam poważniejszych gwarancji bezpieczeństwa musimy jednak sami zacząć traktować się na serio. Czas przede wszystkim odłożyć do lamusa wyświechtane hasełko o „wymachiwaniu szabelką” na określenie każdego asertywnego zachowania. Asertywność to tyle, co brak agresji, ale zarazem zdolność do artykułowania własnych interesów. To cecha dojrzałych narodów, zdolnych do znajdowania złotego środka pomiędzy kompleksem postkolonialnym, a rozbuchanym hurraoptymizmem i poczuciem, iż można wszystko. Historycznie Polska zazwyczaj wpadała w jedną z dwóch skrajności. Pierwszą symbolizuje scena z „Lotnej”, która ukazywała szarżę kawalerii na czołgi. Rzecz w tym, iż scena ta fałszowała historię, a polscy kawalerzyści owszem używali koni (tak jak skądinąd również Wermacht), ale do przemieszczenia się, a nie do walki z czołgami. To, iż mit owych szarż do dziś pokutuje w Polsce to niestety pośmiertny tryumf tak niemieckiej, jak i komunistycznej propagandy, które wolały, by Polacy sądzili, iż każde zachowanie inne niż „machanie białą flagą” to „wymachiwanie szabelką” właśnie. Drugą skrajnością byłoby dążenie do posiadania własnej broni atomowej – taką jednak opcję minister Szatkowski jednoznacznie wykluczył.

Czy to realne?

Krytycy słów wiceszefa MON podnoszą, iż skoro nie ma dziś szans na to, by Amerykanie zdecydowali się na składowanie broni jądrowej w Polsce to nie warto o tym mówić. Powyższe jest nieprawdą z dwóch powodów.

Po pierwsze to, co nie jest możliwe dzisiaj może być możliwe za 10, czy 15 lat. Warto przypomnieć, iż w naszym kraju ostro krytykowano prezydenta Wałęsę, gdy ten domagał się wyprowadzenia wojsk sowieckich z kraju, a zwolenników wejścia Polski do NATO nazywano szaleńcami. Mamy tradycję określania rzeczy, które potem okazują się racjonalne, nieracjonalnymi, a tych, którzy o nich mówią – nierozsądnymi. Owszem dziś nasi sojusznicy nie chcą słyszeć o bazach NATO. Gdzie w tym wszystkim zatem miejsce na rozmowę o broni jądrowej? Ano dziś i jutro nigdzie. Kto wie, co będzie jednak możliwe, jeśli Rosja rozpęta kolejną wojnę, co – dodajmy – wcale nie jest niemożliwe. Cytowany już Michał Broniatowski napisał „Rosyjskie bombardowania Gruzji? Nie, to nie może się stać. Aneksja Krymu i zestrzeliwanie cywilnych samolotów? No co wy, chyba ten Putin musiałby zwariować. Ostrzał Syrii rakietami, z oddalonego o ponad 1000 km morza Kaspijskiego? Ee, nie odważy się, a poza tym nie wceluje. Wcelował. Nie żyjemy już w ciepłej opończy „końca historii” ani w iluzjach resetu z pokojową Moskwą. Należy uznać, że Rosja jest gotowa… I nawet jeżeli ma nigdy nie zaatakować, to zawsze w mocy pozostaje si vis pacem, para bellum”.

By, to co dziś nie jest możliwe stało się realne musimy zacząć mówić głośno o tym, że oczekujemy gwarancji bezpieczeństwa takich, jak obowiązywały w czasie Zimnej Wojny. Przeszkodą dla tego jest jednak przeświadczenie wielu w Polsce, iż Zimna Wojna (albo bodaj konstatacja tego, iż ta ma miejsce) to coś, czego musimy uniknąć za wszelką cenę. Taka filozofia oznacza tymczasem faktyczną zgodę na rosyjski rewanżyzm. W odniesieniu do Ukrainy przybiera ona formę filozofii deeskalacji, tj. takiego zachowania, które oznacza, iż Zachód nie domaga się od Rosji cofnięcia się, a jedynie zatrzymania na tej rubieży do której Moskwa dotarła. Rosja wie, że jeśli będzie niszczyć Ukrainę po kawałku, a jej terytorium zajmować małymi kęsami nic się jej poważnego nie stanie, a sankcje z czasem zostaną zawieszone. Ucieczka od słowa Zimna Wojna oznacza też petryfikowanie naszego statusu członka NATO drugiej kategorii. Czas powiedzieć Zachodowi, że Zimna Wojna powróciła. Dobrze, by nasi sojusznicy zrozumieli, że Polska baz NATO nie chce, bo taki ma kaprys, ale dlatego, że czuje się zagrożona. Na tyle poważnie zagrożona, że rozpatruje opcje, wydawać by się mogło, nierealne. Potępiający ministra Szatkowskiego wierzą zapewne, że lepiej by zajmował się tym, czy ściągnąć do Polski na rotacyjnej zasadzie batalion lekko uzbrojonej piechoty, czy pluton piechoty morskiej. W interesie Polski jest jednak mieć realne, twarde gwarancje bezpieczeństwa, a nie obietnice i zapowiedzi. Szczególnie, że Władimir Putin nie gra już w brydża, ale w pokera i coraz częściej mówi sprawdzam. Gwarancje bezpieczeństwa to nie militaryzm, a wyraz realnej oceny otaczającej rzeczywistości.

Drugim powodem, dla którego warto pokazać Zachodowi, iż domagamy się poważnych gwarancji bezpieczeństwa jest to, iż dyplomacja to nic innego jak handel. Kto wie, czy jeśli nie zaczniemy mówić głośno o naszych daleko idących oczekiwaniach (lub zgoła wyślemy sygnał) to nasi sojusznicy nie uznają, iż już lepiej by do Polski trafiły poważne siły konwencjonalne NATO. „Lepiej dać Polakom te dwie brygady, byleby już siedzieli cicho”. Ochoczo krytykujący min. Szatkowskiego wydają się tymczasem nadal żyć w latach 90, w których rosyjskie zagrożenie było czymś bardzo odległym. Sojuszników z NATO traktują bez należnego sceptycyzmu, dyplomację zaś traktują jako misję i miejsce starcia idei i racji, a nie miejsce ucierania się interesów i grę. W grze zaś trzeba mieć z czego ustępować. I nic to, że nie my decydować będziemy o tym, czy Polska przystąpi do programu Nuclear Sharing oraz o tym, czy do baz w Polsce trafi amerykańska broń jądrowa. Percepcja w dyplomacji jest nieraz warta tyle samo, co realne możliwości. Podobnie skądinąd dzieje się z bronią jądrową, której nie trzeba było użyć ani razu przez cały okres Zimnej Wojny, dokładnie dlatego, iż każda ze stron wiedziała, iż druga strona również nią dysponuje. Świat uniknął militarnego starcia Zachodu i bloku wschodniego nie pomimo, a dzięki broni jądrowej.

Polska musi oczywiście uniknąć zarzutu, że zapanował u nas wojujący militaryzm i że jakich gwarancji Polska nie otrzyma, to domagać się będzie więcej. Problem polega wszakże na tym, że już teraz nasi przeciwnicy podnoszą, iż Polska kieruje się w swoich działaniach rzekomą rusofobią. O ile jednak musimy brać pod uwagę niechętną nam narrację, to równocześnie nie możemy przez to rezygnować z działań zgodnych z naszą racją stanu.

Sojusznicy i przeciwnicy

Czy mamy dla naszej sprawy sojuszników? A czy mieliśmy ich wielu, gdy pierwszy raz powiedzieliśmy, iż chcemy być członkami NATO? Pamiętajmy, iż o ile minister Szatkowski ledwie napomknął o tym, iż rozważamy opcje to już np. były bardzo wysoki rangą urzędnik Pentagonu, a obecnie wiceszef Center for Strategic and Budgetary Assessments Jim Thomas już w początku 2014 r. w Wall Street Journal otwarcie napisał, iż jedyną metodą powstrzymywania Rosji jest rozmieszczenie broni jądrowej w nowych państwach członkowskich NATO. J. Thomas nie był przy tym jedynym – w podobnym tonie wypowiadali się również wpływowi Kongresmeni. Warto w tym miejscu powiedzieć, iż pozytywnie nt. odstraszania nuklearnego wypowiedział się, nieraz przecież krytykowany przez PiS, b. szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej.

Nasi rodzimi pacyfiści, przekonani, iż najlepszą metodą obrony jest zasada, by się jako naród i państwo „nie wychylać” robią tak zapewne z głębokiego przekonania, iż czynią słusznie. Ufam w ich szczerość i patriotyzm. Warto jednak im przypomnieć, iż ich poprzednicy z Zachodniej Europy, którzy w latach 80 protestowali przeciw amerykańskiej broni jądrowej w Europie oraz przeciw amerykańskim „Pershingom” potem okazali się być zmanipulowani, a czasem opłaceni przez sowiecki wywiad KGB.

Przeciwnicy podnoszą dwa argumenty o rzekomo „prawnym” charakterze.

Po pierwsze mówią o Traktacie o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej. Argument, iż dołączenie do programu Nuclear Sharing byłoby naruszeniem reżimu nieproliferacji (traktatu NPT) nie wytrzymuje krytyki. Broń nuklearna w ramach tego programu znajduje się w rękach USA, a jej ew. przekazanie ma miejsce dopiero w racie wybuchu wojny, gdy reżim NPT i tak już nie obowiązuje. W ramach programu broń nuklearna składowana jest w Turcji, Włoszech, Niemczech, Belgii oraz Holandii, tj. w krajach, których nie dotyczą rosyjskie resentymenty.

Pod drugie wspominają o zobowiązaniach NATO wobec Rosji, które jakoby miały zostać podjęte w momencie zjednoczenia Niemiec tudzież zapisach Aktu NATO-Rosja z 1997 r. Rzecz w tym, iż nawet jeśli Zachód dał przy okazji zjednoczenia Niemiec jakieś gwarancje Rosji, które dotyczyłyby Polski to podnoszenie tego argumentu przez Polaków jest skandaliczne. Oznacza bowiem akceptację tego, iż Związek Sowiecki miał prawo żądać czegokolwiek w odniesieniu do naszej przyszłości, a Zachód miał prawo to obiecać. Akt NATO-Rosja z kolei został złamany tyle razy przez Rosję, że traktowanie jego zapisów (skądinąd politycznych, a nie prawnych) jako przeszkody również musi budzić zdumienie. Tym, którzy przypominają o traktatach warto skądinąd przypomnieć, iż dokładnie dwa dni temu minęła 21 rocznica podpisania przez Rosję, Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię tzw „memorandum budapesztańskiego”, w którym państwa te gwarantowały Ukrainie, w zamian za zrzeczenie się broni jądrowej, nienaruszalność granic. To, czy z punktu widzenia Kijowa rezygnacja z borni jądrowej było dobrym pomysłem jest pytaniem retorycznym.

Czy o programie Nuclear Sharing należy rozmawiać otwarcie? Tak. Tak, gdyż sam fakt, iż o tym mówimy ma swoje zalety, o czym było powyżej. Tak, gdyż to sprawa zbyt poważna, by nie rozmawiać o niej z Polakami.

Kontrowersje wokół wypowiedzi min. Szatkowskiego są o tyle zabawne, iż wiceszef MON niczego, co było przedmiotem powyższej analizy nie powiedział. Jako ekspert ma wiedzę i mógłby się nią podzielić. Nie uczynił tego, a więc zachował się wstrzemięźliwie. Ma wiedzę, więc tym lepiej, że jest wiceszefem MON. O bezpieczeństwie bowiem należy myśleć na serio. A trochę trzeba również powiedzieć.

Witold Jurasz

Tekst pochodzi ze stroby think thanku www.oaspl.org

Komentarze

anonim2015.12.14 17:52
Oczywiście. Nuklearna pustynia odstraszy każdego na tysiące lat. Ktoś ma chyba nierówno ... :-D
anonim2015.12.14 19:13
Pseudochrześcijanie chcieliby spalić ziemię atomowym ogniem. Brawo!
anonim2015.12.15 7:15
Agresorów to my mamy przede wszystkim wewnętrznych w postaci prusko-ruskiej agentury i wysługujących się jej zwyczajnych sprzedawczyków. Tu czołgi i armaty wiele nie pomogą.
anonim2015.12.15 9:01
NATO jest największym agresorem ostatnich czasów (Afganistan Irak Syria... Miliony niewinnych ofiar! Wszędzie w obronie USA-Izrael interesów i hegemonii po 11.09 w walce przeciw "terrorowi") jeśli chcemy być wolni musimy się z NATO wydostać, umocnić naszą armie i uzbroić tak aby nie opłacało się nikomu nas atakować musimy przestać być w końcu chłopcem do bicia i na posyłki musimy bronić naszych interesów i suwerenności! Unia Europejska ( widac jak na dłoni np Merkel przeciw Niemcom za emigrantami w lini USA itd) jest sterowana przez wywiad USA, nikt nas nie obroni zrobią z nami co zechcą jeśli pozostaniemy, w NATO gdzie Turcja jest dalej partnerem - nie ma honoru ani sprawiedliwości i nie ma nic szlachetnego...już się zaczyna atak zmasowany na Polskę - bronić musimy się sami gdyż demokracja w świecie zdominowanym przez USA i Izrael jest tylko łudą