07.06.16, 18:13

Sumliński zdradza co łączyło Oleksego z Komorowskim !

 Informacje, które pozyskiwałem za pośrednictwem kontaktów uzyskanych od premiera stanowiły niewielki fragment całości, ale miały swoją wagę. Wiedziałem, że Józef Oleksy nie przekazał mi swoich kontaktów z czystych pobudek. Bynajmniej nie był bielszy niż biel, ale gwoli prawdy czyste pobudki w mętnej wodzie, w jakiej pływałem od lat, w ogóle stanowiły unikat na miarę białego hipopotama. Czemu więc to robił? Prawdopodobnie grał swoją grę, jak wszyscy. Chyba liczył, że wykorzysta mnie do swoich celów. A może był czyimś posłańcem albo zwyczajnie potrzebował naiwniaków takich jak ja? Mówiąc szczerze nie interesowały mnie jego pobudki, tak samo jak nie interesowały mnie pobudki kierujące oficerem służb tajnych Aleksandrem Lichodzkim et consortes – a jedynie zawsze uzyskiwane informacje. I może jeszcze to, by przy tym wszystkim nie zostać ogranym jak dziecko. W świecie pełnym rekinów, dwulicowych ludzi i agentów rożnej maści obowiązywały proste zasady: ogrywasz lub zostajesz ograny…

A potem nagle przyszedł 13 maja 2008 – dzień mojego aresztowania - i z wielu stron wokół mnie, w tym także ze strony byłego premiera, zapadła wielka cisza.

<<< KUP KSIĄŻKĘ POGORZELISKO I POZNAJ PRAWDĘ O III RP ! >>>

***

Odnoszące się do premiera Józefa Oleksego wydarzenia z Zaborka, traktowałem w kategoriach „klimatów”: niekiedy szokujących i mrocznych, ale kompletnie od siebie oderwanych. W trzy lata jednak po tym, jak próbowano mnie zniszczyć, pojawiła się przede mną zupełnie nowa okoliczność, obalająca wszystko to, co dotąd o tych wydarzeniach myślałem. Miałem przed sobą pajęczą sieć, rozstawioną niezwykle szeroko i tak zakamuflowaną, że dla osób niezorientowanych kompletnie niewidoczną. Ale ta sieć była faktem. Co do tego nie miałem najmniejszych wątpliwości. Wszystkie nitki łączyły się ze sobą, a pociągnięcie jednej wywoływało rezonans innych, pozornie odległych i ze sobą niepowiązanych.

***

Zatrzymaliśmy się przy budynku w Alejach Stanów Zjednoczonych, wjechaliśmy windą na piąte piętro i stanęliśmy pod drzwiami wynajętego mieszkania. Na drzwiach nie było nazwiska właściciela. Pierwszą osobą, którą zobaczyłem, był… Józef Oleksy, którego nie widziałem całe wieki. Ostatni raz wczesną wiosną 2008, zanim zapadła cisza. Pomyślałem, że skoro pofatygował się, żeby wezwać mnie na spotkanie, to oznaczało, że sprawa musiała być poważna. Po chwili zobaczyłem jeszcze kogoś, kto odwrócił się w moją stronę. Znajomy dziennikarz, a ściślej były dziennikarz, który z innym byłym dziennikarzem dawno temu założył firmę PR i pracował głównie dla tych, których działalność kiedyś opisywał, w niezbyt korzystnym zresztą świetle. W mieście mówiono, że zarabia miliony. Był jednym z wielu dziennikarzy śledczych, którzy obrali podobną drogę – jednych przekonały wielkie pieniądze w PR, inni zaszczuci sądowymi procesami porzucili profesję na rzecz czegoś spokojniejszego, mniej ryzykownego, jeszcze inni najzwyczajniej w świecie sprzedali swoje usługi służbom specjalnym, bo te oferowały i pieniądze, i ochronę – w zamian za utratę niezależności, rzecz jasna. Co ciekawe, każdy na dziennikarskim rynku wiedział, kto jest kto, bo wbrew pozorom rynek nie był wielki, a poza tym swój zawsze pozna swego, prawda? Wszyscy wiedzieli na przykład o pewnej parze tzw. „dziennikarzy śledczych”, którzy zawsze pojawiali się w „oku cyklonu” za pięć minut dwunasta przed akcją UOP lub ABW. Pani została wykreowana na gwiazdę dziennikarstwa śledczego i przez kilka lat zgarniała nagrodę za nagrodą, pan z kolei, jako „ekspert” od wszystkiego, brylował na salonach. I dopiero po latach okazało się, że wszystkie większe historie, jakie opisywali rzekomi „śledczy”, sprowadzały się do niszczenia Bogu ducha winnych ludzi, stanowiąc osłonę medialną dla quasi- -przestępczych działań służb specjalnych. Niedługo potem „dziennikarze śledczy” zniknęli z rynku i, jakby nigdy nic się nie stało, zostali skierowani do nowych zadań, pozostając cały czas pod ochroną służb tajnych. Nigdy nie odpowiedzieli za nikczemność i medialne kłamstwa, które doprowadziły do tragedii dziesiątek osób… Były dziennikarz w milczeniu uścisnął mi rękę i podprowadził mnie do człowieka, którego dobrze znałem, a którego nie widziałem od kilku dobrych lat.

– Witaj Wojtku – przywitał mnie Oleksy. Nigdy nie przechodziliśmy na „ty”, więc ta zdumiewająca zmiana formy nieco mnie zaskoczyła. Byłem jednak na tyle rozdrażniony, że postanowiłem podjąć i tę grę, i tę formułę. Pomyślałem, że jeśli ma działać – niech działa w obie strony…

– Wybacz proszę, że zaprosiliśmy cię w taki sposób, ale rozważaliśmy sytuację i wspólnie doszliśmy do wniosku, że musimy z tobą porozmawiać. Czy mogę zaproponować coś do picia? – Poproszę tonik, w żadnym razie nic innego – powiedziałem szybko, pamiętając doświadczenia sprzed lat. Oleksy też chyba pamiętał, bo uśmiechnął się od ucha do ucha, najwyraźniej zadowolony z siebie.

<<< KUP KSIĄŻKĘ POGORZELISKO I POZNAJ PRAWDĘ O III RP ! >>>

– Zanim przejdziemy do rzeczy, musimy coś sprawdzić. Wiem, że mnie zrozumiesz. Miałbym prośbę, byś zdjął buty i rozstawił ręce. Byłem pewien, że coś takiego nastąpi. Nie protestowałem. Obszukali mnie starannie obydwaj. – Mogę obejrzeć twój zegarek?

– Nie mam zegarka.

- A kluczyki samochodowe, komórka, jakiś długopis – PR-owiec nie przeoczył niczego.

– Wszystko zostawiłem w płaszczu, w przedpokoju. Obejrzyj sobie, jeśli chcesz.

– Nie ma takiej potrzeby – powiedział były premier. Nie podobało mi się to wszystko: cała ta otoczka tajemniczości, sposób „zaproszenia”, no i ten skład osobowy. To od dawna nie był już mój świat – świat blichtru, brudu, gier, matactw, prowokacji i nieustannych kłamstw. Zostawiłem to już dawno temu za sobą i nie miałem najmniejszej ochoty, by do tego wracać. Zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałem, że chciałbym stąd jak najszybciej wyjść i wrócić do mojego lasu na Podlasiu.

– Macie coś dla mnie, czy czegoś ode mnie oczekujecie? – zapytałem zdecydowanym tonem. Oczy Oleksego przyglądały mi się badawczo.

– Chcesz dalej kopać się z koniem? – zapytał.

- O czym mówisz?

– Wiesz o czym. Powołałeś na świadków ważnych ludzi. Po co ci to?

– Czy to kolejna groźba?

– Nikt ci nie grozi. Spotkaliśmy się, by porozmawiać, a to rozmowa z gatunku tych, których nigdy nie było…

– Kto jeszcze wie o rozmowie, której nigdy nie było?

– Wiesz dobrze, że nie powinieneś zadawać takich pytań. I tym bardziej nie powinieneś spodziewać się odpowiedzi.

– Czy możemy przestać kręcić się w kółko?

- Chcielibyśmy, abyś zluzował. Nie naciskaj, by wszyscy świadkowie stawiali się w sądzie. No i odpuść sobie Komorowskiego i Winiarskiego.

- Co będzie, jeśli zgodzę się na tę, powiedzmy, propozycję?

– Zaplusujesz. Pierwszy raz od dawna. Ale zrobisz, co zechcesz. Twój wybór i twoje ryzyko. Masz rodzinę. Pomyśl o tym.

Gdy wracałem do domu wiedziałem, że muszę zrobić to, co muszę i że ze wszystkich sił będę walczył o prawdę. Żadnych układów z takimi ludźmi, jak ci, z którymi dziś rozmawiałem. Już nigdy więcej. Zastanawiałem się, jak się to wszystko skończy. Wariantów jest bez liku, co najmniej tyle, ile rodzajów przestępstw. Zostanę pedofilem, a może współpracownikiem Osamy bin Ladena? Mam świadomość, że jak będzie trzeba, twórczy ludzie zrobią coś z niczego, jak nieraz już robili. Tak było przecież w mojej sprawie, która toczyła się od lat. I nawet, gdy po latach okazało się, że wszystko to było fikcją, to jakie to miało znaczenie? Kto zwróci czas odebrany rodzinie, kto naprawi zniszczone zdrowie, kto odbuduje zniszczone życie? Czy w ogóle można naprawić zniszczone życie? Chciałem wierzyć, że tak…

W całej tej sprawie dotyczącej niezwykłego spotkania poruszyło i wstrząsnęło mną jednak co innego. Coś, co nie dawało mi spokoju, kilka pytań bez odpowiedzi: dlaczego premier Józef Oleksy naciskał na rezygnację z zeznań Bronisława Komorowskiego oraz świadka, który miał mówić o Komorowskim? Jakie niewidzialne więzy połączyły – i kiedy zostały one zawiązane – dwóch polityków, pozornie z przeciwnych obozów: postkomunistycznego premiera i postsolidarnościowego prezydenta, pochodzących z tak skrajnie odmiennych i przeciwstawnych światów? Ile jeszcze jest takich niewidocznych powiazań, które jednak znajdują się tuż pod powierzchnią? Kto i dlaczego tak bardzo oszukał nas wszystkich, całe społeczeństwo?

I wiedziałem, że od teraz te pytania staną się przyczyną moich kolejnych bezsennych nocy.

 „Stare demony powróciły” – pomyślałem. Choć tak na dobrą sprawę – czy kiedykolwiek naprawdę odeszły?

I takie było moje ostatnie spotkanie z Józefem Oleksym.

Wojciech Sumliński

Fragment książki pt. „Pogorzelisko”.

sumlinski.com.pl

<<< KUP KSIĄŻKĘ POGORZELISKO I POZNAJ PRAWDĘ O III RP ! >>>