Jeżeli to nie była zmiana reżimu to jaki wtedy był sens tej operacji? W jaki niby sposób "USA będą zarządzać Wenezuelą", jak to oznajmił Donald Trump? Jedyny sens tutaj może być w zastraszaniu członków reżimu. W tym stylu, że porwaliśmy waszego lidera i każdego innego z was tak samo możemy porwać. Może to być zastraszanie w celu skłonienia do współpracy, do zawarcia korzystnego dla USA dealu. Być może ten plan zadziała, być może nie. Czas pokaże. Ten plan jednak ma sporo wad. Po pierwsze to zastraszanie ma swoje granice. Donald Trump nie może sobie pozwolić mieć "boots on the ground", czyli przeprowadzić pełnoskalową inwazję. Ponieważ dla niego będzie to związane z bardzo wysokim kosztem politycznym, o wiele większym nawet niż dla jego poprzedników. Z tego powodu, że opiera się o wyborcę - izolacjonistę, który głosuje na hasła o nie mieszaniu się USA w wielkie konflikty. Dlatego mamy do czynienia cały czas z efektownymi ale bardzo ograniczonymi operacjami specjalnymi. I problem tutaj polega na tym, że wszyscy o tym wiedzą. Trump sam cały czas o tym mówi i podkreśla tę zasadę "no boots on the ground". I to nie jest siła, to jest słabość obecnych USA, ponieważ to strasznie zawęża pole manewru i przeciwnicy USA wiedzą, że mogą się spodziewać ostrych ruchów i dotkliwych uderzeń, ale nie spotkają się z unicestwieniem. Ponieważ można sobie dowoli osłabiać przeciwnika, rozwalać jego infrastrukturę, ale ktoś w koniec końców musi stanąć tym butem na ziemi i zmusić do swojej woli przeciwnika fizycznie. A tego nie ma i nie będzie.

A drugie pytanie brzmi następująco. Powiedzmy, że reżim w Wenezueli zmięknie i rzeczywiście dopuści amerykańskie firmy do swojej ropy na amerykańskich warunkach. Zademonstruje pełna lojalność wobec USA. A czy firmy amerykańskie na pewno zainwestują w ten przemysł bez amerykańskich "boots on the ground" fizycznie je chroniących? Firmy lubią stabilność która pozwala na zwrot inwestycji. Bez zmiany reżimu, republikanie mogą za parę lat przegrać wybory i podejście nowej administracji do sprawy może być inne. Co amerykańskim inwestorom z tego, że tam na morzu jest lotniskowiec i kilka grup Delty może przylecieć w razie potrzeby. Przyleci, porwie kogoś, zabije kilka członków reżimu i odleci a reżim dalej zostanie. Albo zamiast reżimu zostanie chaos. Takie podejście zwrotu nie gwarantuje.

I wszyscy słusznie się śmieją z Rosjan, którzy trzydniową operację specjalną już 4 lata prowadzą, z tym że jest tutaj jeden sęk. Rosjanie pod Kijowem próbowali zabezpieczyć lotnisko by przetransportować tam parędziesiąt tysięcy wojsk do szybkiego zajęcia stolicy wrogiego państwa. To była operacja w celu likwidacji ukraińskiego państwa. Rosjanie wieźli ze sobą cały rząd ukraińskich zdrajców, który trzymają u siebie w rezerwie na wszelki wypadek. Amerykańska operacja w Wenezueli nic podobnego nie miała na celu. Jej cele były bardzo ograniczone. I mimo, że Rosjanom ich demonstracja siły w stylu Pustynnej Burzy się nie udała, to jednak oni zrobić "boots on the ground" zupełnie się nie boją. Oni nawet teraz zrobili z tego narzędzie politycznego nacisku. Kto chce rozpoczynać starcie z kimś kto nawet jeżeli w koniec końców z nim wygrasz, to w procesie i tak twoje miasta obróci w popiół bo nie liczy się z życiem własnych żołnierzy? Sama cena wojny z takim przeciwnikiem jest wysoka. Myślimy w kategoriach zachodnich gdzie efektywność mierzy się tym jak osiągnąć cel najmniejszym kosztem. Rosjanie tak nie potrafią, ale uważają, że nas nie stać na poświęcenie tych kosztów, a ich stać więc jeżeli postawią przed nami ten dylemat to po prostu się poddamy bez walki.

Dlatego też naiwnym jest myśleć, że na Rosjanach ta operacja zrobi wrażenie czy że ich zastraszy. Oni wiedzą, że nie potrafią tak działać, ale uważają, że mają po prostu inne atuty, których nam brakuje. Atuty, które uważamy za wady i dlatego nie bierzemy do uwagi je często. A nawet wyśmiewany ...