19.10.18, 14:00zdj. screen Youtube/Wydawnictwo 2 Kolory

Oto, jak bezpieka niszczyła Zbigniewa Herberta!

Komunistyczne władze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i ich gorliwe sługusy w UB i SB zapuszczały swoje macki również do świata sztuki, kultury, literatury, poezji, kojarzonego przecież z wolnością. Dotkliwie odczuli to chociażby tacy poeci, jak Zbigniew Herbert. 

Dlaczego właściwie Herbert nie dostał Nobla? Na to pytanie spróbowała odpowiedzieć reportażystka Joanna Siedlecka we wznowionym, poszerzonym wydaniu książki „Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie”, które wkrótce ukaże się nakładem wydawnictwa Fronda. Z kolei Krzysztof Masłoń na łamach tygodnika "Do Rzeczy" opisuje, jak bezpieka niszczyła poetę (wspomina m.in. o próbie otrucia Herberta).

Siedlecka nakreśla obraz genialnego poety, typowanego przez „zgniły Zachód” do prestiżowej nagrody literackiej i dręczonego przez komunistyczną bezpiekę (nie tylko za życia, ale nawet po śmierci, jak wskazuje Masłoń w swoim artykule „Poeta pod specjalnym nadzorem”).

 Autorka „Pana od poezji...”, powołując się na notatkę odnalezioną w 2009 przez historyka poznańskiego oddziału IPN, Rafała Sierchułę, opisuje brudną grę komunistycznej bezpieki wobec Zbigniewa Herberta. Zarówno autor m.in. "Pana Cogito", jak i inny wybitny polski pisarz, Witold Gombrowicz, byli typowani przez Zachód do literackiej nagrody Nobla. Jak dziś wiemy, żaden z nich tej nagrody nie dostał. Przyczyniły się do tego w znacznym stopniu donosy gorliwego funkcjonariusza Departamentu II UB oraz Tajnego Współpracownika o pseudonimie „Kurier”, czyli Henryka Malinowskiego. To właśnie Malinowski był „niezidentyfikowanym tajnym współpracownikiem” z notatki odnalezionej przez Sierchułę. Jak pisze Siedlecka, TW „Kurier” relacjonował przebieg wizyty w Polsce Andersa Österlinga, Sekretarza Generalnego Komitetu Noblowskiego. Miało to miejsce w maju 1968 r. Österling miał zdradzić Jarosławowi Iwaszkiewiczowi, prezesowi Związku Literatów, że Komitet rozważa przyznanie Nobla Gombrowiczowi i właśnie Herbertowi. Iwaszkiewicz, a także Jan Parandowski oraz Jerzy Andrzejewski byli oficjalnymi kandydatami PRL. Porucznik Henryk Malinowski, zwolniony z UB po reorganizacji bezpieki trafił do Biura Współpracy Kulturalnej z Zagranicą. Jak podkreśla Siedlecka, była to „niemal jawna przybudówka SB przy Ministerstwie Kultury”. Od 1961 r. Malinowski pełnił natomiast funkcję kierownika wydziału zagranicznego Związku Literatów, decydując o wyjazdach pisarzy, zachodnich stypendiach czy tytułach książek przeznaczonych do tłumaczenia. To TW „Kurier”, którego bezpieka charakteryzowała jako „bezwzględnie oddanego sprawie socjalizmu”, powitał na lotnisku Österlinga, „obstawiał go też na wydanym na jego cześć bankiecie w Radziejowicach”. To wówczas Sekretarz Generalny Komitetu Noblowskiego zdradził "to, czego chyba nie powinien”, mianowicie ujawnił, że faworytami Komitetu są Herbert i Gombrowicz. Zabolało to Jarosława Iwaszkiewicza, który „Od dawna przecież czekał na Nobla, marzył o Noblu, pisał pod Nobla". Tyle że "pupil ludowej władzy nie był pupilem Szwedów”- konstatuje autorka „Pana od poezji”. 

Ta informacja była jednak ciosem także, a może przede wszystkim, dla komunistycznych władz. Polska Rzeczpospolita Ludowa próbowała wpłynąć na decyzję Komitetu Noblowskiego, zapraszając jego przedstawicieli do Polski i zapoznając z „wielkim dorobkiem kulturalnym PRL”. Wszystko na nic. Mimo iż Anders Österling był zachwycony wizytą, do Nobla typował wciąż Witolda Gombrowicza, zaś drugim faworytem Zachodu był Zbigniew Herbert. Joanna Siedlecka zwróciła uwagę również na fakt, że działo się to w czasach „dyktatury ciemniaków”, czyli w okresie rządów Gomułki, Moczara i Kliszki, trwała również zimna wojna. Nobel dla tych dwóch autorów- „zdrajcy i renegata” Gombrowicza oraz „kosmopolity” Herberta, byłby policzkiem dla tej ekipy. Aby udaremnić tę klęskę komunistycznych władz, kawał ciężkiej pracy wykonał właśnie TW „Kurier”

 Kim był Henryk Malinowski? Jak wynika z dokumentów, był to mężczyzna „młody, przystojny, o orientalnej urodzie” (matka była Rumunką, w Rumunii przyszedł na świat, tam również rozpoczął karierę- w rumuńskiej partii komunistycznej). Iwaszkiewicz hołubił Malinowskiego, mimo iż ten, koniec końców, nie oszczędził go w swoim raporcie. Zasugerował bowiem, że prezes ZL tak obsesyjnie pragnął Nobla, że miał dać Sekretarzowi Generalnemu Komitetu Noblowskiego „swego rodzaju łapówkę, trudno powiedzieć z czyjej kieszeni, najprawdopodobniej państwowej”. W 1973 r. TW „Kurier” zmarł nagle, w wieku zaledwie 47 lat. Jarosław Iwaszkiewicz zachował nekrolog, w którym "towarzysze" wystawili Malinowskiemu piękną laurkę. W opinii bezpieki, TW „Kurier” był „jednostką wartościową”, ponieważ dostarczał „wielu cennych wiadomości”, co więcej był „bezwzględnie oddany sprawie socjalizmu”, Ponadto dobrze znał pracę kontrwywiadowczą. Swoje informacje Malinowski przekazywał szefom Departamentu III MSW. Joanna Siedlecka stawia tezę, że bezpieka nie mogła wpłynąć na decyzje Komitetu Noblowskiego, tym niemniej dokładała na pewno wszelkich starań, aby Nobla nie otrzymali niewygodni dla władzy kandydaci.

„Siedzi głównie na Zachodzie, obecnie w Austrii. To zdolny poeta, ale chory umysłowo. Melancholik, izolujący się najczęściej od własnego otoczenia”- brzmią cytowane przez Joannę Siedlecką fragmenty donosów Malinowskiego na Herberta. Istotnie, w poetę próbowano uderzyć poprzez chorobę afektywną-dwubiegunową, z którą się zmagał, ale nie tylko. SB w ogóle ponad miarę „troszczyła się” o zdrowie Pana Cogito, czy to fizyczne, czy psychiczne. Próbowano Herbertowi dorobić również „gębę” antysemity. Bezpieka próbowała także zwerbować poetę do współpracy, wiedząc, że nic tak nie kompromituje jak konszachty z komunistycznymi służbami lub samo ich podejrzenie czy pomówienie o tę współpracę. Jako że Zbigniew Herbert nie dał się zwerbować, esbecja próbowała pogrążać go pomówieniami, stwarzaniem wrażenia zażyłości poety z tą instytucją, którą odnotowały również zagraniczne kontrwywiady. Podczas spotkań czy rozmów telefonicznych z poetą „celowo i z premedytacją(...) nie przestrzegano zasad konspiracji, wzywając go np. często do peerelowskich konsulatów, aby można było podejrzewać go o zażyłość z naszą Placówką”. Najskuteczniejszym sposobem uderzenia w Herberta były jednak wspomniane wcześniej problemy zdrowotne. SB urządzała najrozmaitsze prowokacje, aby przedstawić poetę jako człowieka niezrównoważonego psychicznie. Co ciekawe, było to jeszcze zanim Zbigniew Herbert zachorował na ChAD (chorobę afektywną-dwubiegunową). Już na początku lat 60. ściągnął na siebie uwagę SB kontaktami z francuską prawicą. W 1965 r. zorganizowano prowokację polegającą na rozpuszczeniu fałszywej informacji o śmierci poety w szpitalu psychiatrycznym. „Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie ściągano mojej chorej mamy samolotem do Gdańska. Musiałem pobić kogoś po mordzie”- pisał Herbert do przyjaciół w Londynie. Esbeckie teczki pełne są niezwykle bogatych opisów leczenia poety, nazwisk lekarzy, z których pomocy korzystał, klinik, w których przebywał, częstotliwości przepustek itp.

Czarny PR mógł zadziałać skutecznie. Czesław Miłosz, po Noblu dla Wisławy Szymborskiej, pisał do Jerzego Giedroycia, że- „obiektywnie rzecz biorąc”- to właśnie Herbert zasługiwał na tę nagrodę, jednak, „chyba nie był brany pod uwagę z powodu swoich pobytów w klinikach psychiatrycznych, czego Szwedzi bardzo się boją”. Jak pisze Joanna Siedlecka, również i Miłosz przyczynił się do czarnego PR Herberta, podejrzewając go o konszachty z bezpieką (wątpliwości budził peerelowski paszport i częste wyjazdy za granicę). Noblista z 1980 r. w listach do Artura Międzyrzeckiego i jego żony, Julii Hartwig, pisał o Herbercie „ponury, stary endecki pierdziel”. Również Jerzy Giedroyc podejrzewał poetę o współpracę z bezpieką. A skoro takie opinie wysuwały postacie tak wpływowe i cieszące się estymą w środowisku literackim czy politycznym, z całą pewnością liczono się z nimi. 

Z kolei Krzysztof Masłoń pisze, że niszczenie Zbigniewa Herberta nie zakończyło się nawet po śmierci poety. Z artykułu Masłonia „Poeta pod specjalnym nadzorem” dowiadujemy się, że esbecja nie mogła z Pana Cogito, mimo wielu prób, wycisnąć niczego. Poeta był za to stale inwigilowany. W tekście przewijają się nazwiska, z których warto zwrócić uwagę szczególnie na dwa, reprezentujące zupełnie różne „światy”, które w życiorysie Herberta odegrały również zgoła odmienne role. Mowa o Janie Olszewskim i Jerzym Urbanie. Ten pierwszy, jako adwokat, pomagał Panu Cogito, reprezentując go przed Kolegium ds. Wykroczeń na Mokotowie, gdy SB domagała się ukarania poety. Chodzi o słynną drakę z 1973 r. Zbigniew Herbert, w towarzystwie żony żartował w sklepie spożywczym, że produkty dobrej jakości należą się im, a „podeschnięte bułki”- „głodnym partyjniakom”. Ten drugi: "Goebbels stanu wojennego"-Jerzy Urban, jako pierwszy nazwał poetę „człowiekiem chorym psychicznie” i zapoczątkował bezwzględne ataki. Jeszcze i w 2000 r., czyli dwa lata po śmierci poety dwie dziennikarki „Gazety Wyborczej” chciały rzucić "cień" na życiorys Zbigniewa Herberta. Do tej prowokacji próbowały wykorzystać Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Odwiedziwszy autora „Innego świata” w Neapolu, przywitały go wyrwanym z kontekstu fragmentem listu, gdzie poeta wspominał, że bezpieka wypytywała go o Herlinga. Zdaniem pisarza, dziennikarki realizowały plan Adama Michnika. Herling-Grudziński podczas ostatniej podróży do kraju podkreślił to w oświadczeniu, które zakończył apelem „Odpieprzcie się od Herberta”.

Być może bezpieka nie wpłynęła bezpośrednio na Komitet Noblowski, jednak "czarny PR" z pewnością mógł zrobić swoje. I najprawdopodobniej nie chodziło tylko o Nobla, ale o szerszą akcję dyskredytacji poety i osłabiania jego pozycji na Zachodzie.

JJ/DoRzeczy, Fronda.pl