04.02.19, 12:45

Dr Michał Lubina: Geopolitycy błądzą. To wielcy redukcjoniści

Mój sprzeciw wobec geopolityki polega na tym, że jest to nieadekwatna koncepcja do patrzenia na współczesność, a zarazem dająca dużą pewność siebie w formułowaniu daleko idących wniosków. Geopolitykom wystarczy rzut oka na mapę i już mogą powiedzieć wszystko o danym kraju. To dramatyczny redukcjonizm, na który nie powinno być miejsca w naukowej debacie – mówi dr Michał Lubina w rozmowie z Mikołajem Rajkowskim dla „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Czas geopolityki?”.

Mikołaj Rajkowski (Teologia Polityczna): Zacznę naszą rozmowę od, jak sądzę, niekontrowersyjnej obserwacji: geopolityka wróciła, umocniła się w dyskursie politycznym, trudno od niej uciec we wszelkich rozmowach o polityce zagranicznej. Czy mamy do czynienia z naturalnym zjawiskiem przypływów i odpływów pewnych sposobów myślenia o polityce czy też współczesne tendencje w polityce zagranicznej uczyniły geopolitykę wygodnym narzędziem do jej opisu?

Dr Michał Lubina (Uniwersytet Jagielloński): Na pewno nie mogę się zgodzić z ostatnim stwierdzeniem, jakoby geopolityka była dobrym narzędziem. Ale zanim rozwinę tę myśl, chciałbym zacząć od sprawy bardziej podstawowej. Wszelkie rozmowy o geopolityce są skażone pewnym błędem językowym, ponieważ nie definiujemy dokładnie tego, co rozumiemy przez pojęcie „geopolityka”. W języku angielskim słowo geopolitics może mieć z grubsza trzy znaczenia: pierwsze to po prostu synonim polityki międzynarodowej. W drugim znaczeniu, w dyskursie anglojęzycznym chyba najbardziej popularnym i najczęściej stosowanym, geopolityka stanowi synonim polityki siły. Wreszcie znaczenie trzecie, czyli koncepcja z końcówki XIX wieku i początku XX wieku. Ja nazywam ją ideologią, zwolennicy geopolityki nazywają paradygmatem lub nauką. Stąd bierze się pewne jej rozumienie, oparte na przemyśleniach takich ludzi jak Mackinder, Ratzel czy Haushofer, uzupełnione później przez Spykmana.

Mylimy te trzy pojęcia?

Tak, a one nie są ze sobą tożsame. Jeżeli natomiast będziemy konsekwentnie stosować tę ostatnią, najwęższą definicję – geopolitykę jako ideę z początku XX w. – to możemy stwierdzić, że jest to koncepcja wyjątkowo zdezaktualizowana. Archaiczna wręcz, dlatego że opiera się na dwóch założeniach: na obiektywizacji geografii i determinizmie geograficznym. Oba te założenia są już zdezaktualizowane.

Zdezaktualizowane – a więc kiedyś były aktualne?

Najłatwiej będzie odpowiedzieć na to pytanie na przykładzie Mackindera. To, o czym pisał, miało swoje uzasadnienie na początku XX wieku, kiedy Imperium Brytyjskie opierało się na sile floty, a nie wszędzie można było dopłynąć. Wówczas geografia rzeczywiście przesądzała. Dzisiaj natomiast nie przesądza i chociaż pozostaje istotnym elementem, to tylko jednym z wielu. Podobnie jest zresztą z kwestią obiektywizacji geografii. Wrócimy jeszcze do tej kwestii później.

Jeśli w ten sposób rozumiemy geopolitykę, jako teorię Mackindera wraz z jej późniejszymi uzupełnieniami, to ona po prostu nie pasuje już do opisu rzeczywistości i należy ją traktować podobnie jak różne inne XIX-wieczne teorie, które odstawiono do lamusa. Ponieważ jednak geopolityka ma również dwa pozostałe znaczenia, a mianowicie jest synonimem polityki siły albo polityki międzynarodowej w ogóle, to oczywiście, w tych pozostałych dwóch znaczeniach jest aktualna i zawsze będzie, ponieważ polityka siły uprawiana jest od starożytności. Nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości.

Zwolennicy geopolityki są jednak zdania, że stosując ją można osiągnąć pewną dokładność w przewidywaniu pewnych procesów politycznych. Czy te koncepcje są w jakiś sposób aktualizowane?

Wróćmy zatem do Mackindera. Mackinder zmieniał położenie swojego Heartlandu dwa razy, kiedy wynikało to z interesu Imperium Brytyjskiego. Punktem wyjścia dla rozpatrywania pomysłów Mackindera i innych ojców geopolityki powinno być to, że tworzyli ją ludzie, którzy byli politykami i ideologami. Oni dostarczali ideologicznego uzasadnienia dla polityki swoich krajów. I tak, w zależności od potrzeb i interesów Wielkiej Brytanii ustalały się definicje Mackindera, który oczywiście przedstawiał swoje wnioski jako obiektywną prawdę. To bardzo charakterystyczne, że Mackinder w ogóle nie lubił na początku określenia „geopolityka”, a swoją koncepcję nazywał po prostu geografią, dlatego że poprzez złudzenie obiektywizmu chciał stworzyć w odbiorcach wrażenie, że ma to naukową wartość, że geopolityka jest obiektywna i koniecznie prawdziwa. Dzięki temu ma to ogromną moc przekonywania. Możemy w ten sposób uzasadnić bardzo wiele naszych koncepcji politycznych.

W przypadku Mackindera bardzo wyraźne i silne jest przekonanie o niezmienności geografii. Znajdziemy u niego takie hasła jak to, że „geografia uniemożliwia pokój”. Wszystkie te koncepcje są bardzo głęboko osadzone na początku XX wieku. W XXI wieku, po niemal stu latach postępu technologicznego, który dość mocno tę geografię zmienił, trudno przyjmować te hasła poważnie. Mackinder ma swoją rolę historii myśli politycznej brytyjskiej, ale nie jest już aktualny, nie mówiąc o politycznym uwikłaniu tych twórców.

W jaki sposób angażowali się oni w politykę?

To jest w jakiś sposób wątek poboczny tej dyskusji, ale warto o tym wspomnieć. Geopolityka była używana przez imperialistów brytyjskich, amerykańskich i innych w sposób bardzo wyraźny. To, co pisał Mahan uwzględniało interesy amerykańskiej marynarki wojennej, znamienny jest również przykład współpracy Haushofera z nazistami.

Przedstawia Pan zatem geopolitykę jako redukcjonistyczną ideologię, której częściami składowymi są determinizm geograficzny i wiara w dość arbitralne dogmaty. Czy to nie rymuje się w jakiś sposób, na przykład, z ortodoksyjnym marksizmem?

Geopolitykę łączy z marksizmem przekonanie, że swoje koncepcje przedstawia jako naukowe. Marksiści często przekonują, że skoro Marks wszystko już naukowo udowodnił, to wszyscy powinni przyjąć to do wiadomości. Z geopolityką jest bardzo podobnie, co uważam za wyjątkowo nieuczciwe i czego nie da się zaakceptować. Wielką siłą geopolityki jest właśnie odwoływanie się do „zdrowego rozsądku”. To się wydaje proste: oto mamy w danym miejscu górę, las czy rzekę i one kształtują, wyznaczają naszą politykę. Tyle tylko, że to wszystko jest zbyt proste, a gdy zaczniemy to dogłębniej analizować, to się okazuje, że ta góra wcale nie jest taką przeszkodą, a tak naprawdę dzisiaj dużo ważniejsze są czynniki gospodarcze. Geopolityka przyciąga bardzo wiele osób pozorną łatwością, bo ona upraszcza rzeczywistość i na tym polega jej wielka moc. Podobnie upraszczał rzeczywistość marksizm, zresztą chyba wszystkie ideologie są takie popularne właśnie dlatego, że wielu ludziom dają złudzenie znalezienia klucza do rzeczywistości. Tymczasem tak naprawdę takiego klucza nie ma, a nawet jeżeli są jakieś, to jest ich wiele, a nie jeden.

Zwłaszcza w naukach społecznych.

W trakcie tej debaty geopolitycznej usłyszałem trafny, jak mi się zdaje, komentarz: jeżeli historyk albo politolog uważa że jest jedna koncepcja dzięki której można wytłumaczyć rzeczywistość, to powinien zmienić zawód. To bardzo dobrze wyraża problem z tymi komentatorami, którzy uważają, że dzięki geopolityce mogą wytłumaczyć świat, podczas gdy tak naprawdę mogą wytłumaczyć tylko jakiś wycinek, zresztą wcale niekoniecznie dzięki geopolityce.

Mój sprzeciw wobec geopolityki polega na tym, że to jest po prostu bardzo nieadekwatna koncepcja do patrzenia na współczesność, a zarazem dająca, powiedziałbym, dużą pewność siebie – często po prostu arogancję – w formułowaniu daleko idących wniosków. Geopolitykom wystarczy rzut oka na mapę i już mogą powiedzieć wszystko o danym kraju, ocenić jego politykę. To dramatyczny redukcjonizm, na który nie powinno być miejsca w naukowej debacie.

Rozmawiamy w przededniu 65. rocznicy śmierci Eugeniusza Romera, wybitnego polskiego kartografa, ale i teoretyka geopolityki. Czy, a jeśli tak to w jakim stopniu dotyczą go problemy, które określił Pan wcześniej?

Przekonująco opisał to ostatnio Maciej Górny w książce Kreślarze ojczyzn, wydanej przez Instytut Historii PAN w serii „Metamorfozy społeczne”. Problem z Romerem polegał na tym, że to był dobry geograf, bardzo uznany w środowisku, ale miał pewną cechę, charakterystyczną dla początku XX wieku: on tej geografii bardzo wyraźnie używał dla celów politycznych. Oczywiście, z polskiego politycznego punktu widzenia dobrze robił, dowodząc na przykład że nasze naturalne granice powinny sięgać hen, daleko na wschód. Uzasadniał to posługując się argumentami z geografii: skoro rzeki mają taki, a nie inny układ, to musi być właśnie tak. Natomiast na każdego argumentującego w ten sposób przypadało dziesięciu innych nie-polskich geografów, którzy dowodzili, że jest dokładnie odwrotnie. We wspomnianej książce Górnego jest bardzo dobrze opisane, że ukraińscy geografowie udowadniali niemal w ten sam sposób tezy całkowicie odwrotne. To oczywiście nie dotyczy tylko Polski i Ukrainy, ale również na przykład Bułgarii i Macedonii, co również jest tam bardzo ciekawie opisane.

Geografia nie jest zatem obiektywna?

Podstawowy problem jest taki, że geografia jest jednocześnie nauką przyrodniczą i społeczną. O ile przyrodniczy element w zasadzie możemy uznać za obiektywny, to społecznego już nie. To, w jakiś sposób piszemy opiszemy górę, zinterpretujemy układ rzek – to już podlega interpretacji i nie jest obiektywne. Romer geografii używał w stricte politycznym celu uzyskania dla Polski jak najlepszych granic. Był w Wersalu, negocjował granice i jako Polak cieszę się z tego, co robił, natomiast jako naukowiec muszę to ocenić krytycznie. To jednak nie jest poszukiwanie prawdy, które jest podstawowym celem nauki, tylko działanie w interesie państwa. Jeśli powinien mieć w Polsce pomniki – a uważam, że powinien – to za skuteczną działalność polityczną, nie zaś naukową.

Według Romera nie tylko sam przebieg granic, ale i stosunki z sąsiadami są zdeterminowane przez geografię.

Tak, Romer twierdził na przykład, że przyroda skazuje Polaków i Ukraińców na współpracę. To jest bardzo dobry przykład pokazujący nam interpretację geografii. Przyroda przyrodą, ale jednocześnie jest to po prostu bardzo wyraźne stanowisko ideowe. To jest ciekawe sformułowanie, ale to nie jest obiektywny, prawdziwy opis rzeczywistości. To jest idea wyraźnie polityczna. Gdyby z narracji o geopolityce odsiać ten element obiektywizmu to dyskusja na ten temat byłaby dużo zdrowsza. Ale geopolitycy tego nie zrobią, bo ich największą siłą jest prezentowanie geografii jako najważniejszego warunku. Trudno liczyć na to że pozbędą się głównego oręża, choć geografia jest przez nich w oczywisty sposób nadużywana.

Przyjrzyjmy się jeszcze temu fragmentowi Romera: „ziemie polskie to terytorium z piętnem politycznej konieczności”. Romer przyjął granice z 1772 roku, a więc po pierwszym zaborze za granicę naturalną dla Polski. To jest bardzo wyraźne pokazanie do czego służy geografia. „Potężna siła prawd geografii” – to z kolei bardzo Mackinderowskie zdanie. Powtórzę: uważam, że politycznie działalność Romera była chwalebna, to był profesjonalista na służbie politycznej państwa polskiego i oby było takich ludzi jak najwięcej. Ale to nie jest działalność naukowa, tylko wikłanie nauki w politykę. W tym wypadku było to dla nas korzystne, ale w dziesiątkach innych przypadków było odwrotnie. A przede wszystkim musimy wiedzieć, że to służy polityce, nie poznaniu prawdy. Trzeba mieć świadomość dwóch różnych porządków: politycznego i naukowego. Jeśli przedstawia się porządek polityczny jako naukowy – a tak bardzo często robią geopolitycy – to jest to nieuczciwe intelektualnie.

W dodatku podane z dość charakterystycznym patosem.

Tak, już w tych zdaniach możemy łatwo wychwycić determinizm, o którym mówiłem wcześniej. Nadużywanie słów takich jak „konieczność” – to wszystko deterministyczne hasła. Współczesna nauka stara się unikać takich jednoznacznych zdań, a przynajmniej mnie tak uczono.

Jeśli uznamy geopolitykę za rodzaj ideologii politycznej, to powinna mieć również swój cel. Czy jest nim zatem po prostu służenie interesom konkretnego państwa, czy możemy wpisać ją w jakiś inny, szerszy model myślenia politycznego?

Geopolityka zrodziła się z myślenia imperialnego i zasadniczo jest narzędziem służącym mocarstwom. I jako takie rzeczywiście może działać. Ale Polska nie jest mocarstwem i używanie przez państwo średnie narzędzi mocarstw kończy się groteską w najlepszym wypadku, a tragedią w najgorszym. Geopolityka wywodzi się z idei początku XX wieku, łączy ją również pokrewieństwo z niemieckimi teoriami państwa jako organizmu, które potrzebują mieć swoją przestrzeń, przejętymi później przez hitlerowców: stąd przecież wzięła się koncepcja Lebensraum – potrzeba przestrzeni uzasadnia podbój. Dla silnych państw to bardzo korzystne usprawiedliwienie ich polityki i stąd jego popularność. Nie ma tu natomiast wartości uniwersalnych. To zresztą nie tylko mocno redukcjonistyczna ideologia, a przede wszystkim dramatycznie zdehumanizowana, ponieważ zakłada w dużej mierze, że to geografia o wszystkim decyduje, że nie możemy jej zmienić, że wymusza pewne działania. Mackinder głosił, że nie może być pokoju na świecie bo jest geografia. Zgódźmy się, że nie są to najszlachetniejsze poglądy.

Ład postimperialny odrzucał zatem geopolitykę?

Cały porządek międzynarodowy po II wojnie światowej opiera się na odrzuceniu takiego myślenia. Oczywiście, należy zauważyć że ten porządek się obecnie chwieje i co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości, ale nie powinniśmy zapominać, że ten porządek przyniósł jednak bezprecedensowy okres pokoju i był mimo wszystko dla nas korzystny. Nie jestem więc przekonany, czy przyjęcie geopolitycznego myślenia jest w tym momencie rozsądne, zwłaszcza że geopolityka jest po prostu mylona z realizmem politycznym. Geopolitycy operują często terminami które nie mają z nią wiele wspólnego i należą do tradycji dużo starszej, którą oni po prostu zawłaszczają. Ale skoro już Dostojewski i marksista Wallerstein zostali namaszczeni na geopolityków, to ewidentnie mamy do czynienia z pomieszaniem pojęć.

Skoro jednak i Dostojewskiego, i Wallersteina można zaliczyć w poczet geopolityków, to znaczy, że nawet w ramach tego determinizmu geopolitycznego pozostaje pewna przestrzeń dla wprost wykluczających się światopoglądów czy sposobów myślenia o polityce. Czy w związku z tym nie pojawiają się, na przykład w kręgach akademickich, próby spojrzenia krytycznego na geopolitykę właśnie w celu osłabienia tego determinizmu i uaktualnienia jej jako narzędzia?

Ponownie powrócę do rozróżnienia potrójnego rozumienia geopolityki, o którym wspomniałem na początku. Z łączenia tych trzech porządków biorą się właśnie tego rodzaju podporządkowania, w których geopolitykiem okazuje się Dostojewski. Jeżeli bowiem przyjmiemy tą najbardziej szeroką definicję geopolityki jako po prostu polityki międzynarodowej, to naturalnie znajdzie się tam miejsce dla wszystkich, którzy się wypowiadali o międzynarodowej polityce, ale musimy pamiętać, że to nie ma wiele wspólnego z tym co tam wypisywał Mackinder i spółka.

Wracając do pańskiego pytania – znakomicie odpowiada na nie Łukasz Fyderek w artykule „Geopolemika”. Pokazuje w nim, w jaki sposób jest to traktowane w środowisku naukowym. Przede wszystkim dwa pierwotne założenia geopolityki, czyli determinizm geograficzny i obiektywizacja geografii zostały poddane krytyce i sfalsyfikowane. Od tego momentu, od połowy XX wieku, geopolityka akademicka poszła dwoma ścieżkami. Jeden nurt, którego – nie ukrywam – używam czasem jako narzędzia retorycznego, to nurt geopolityki krytycznej czyli critical geopolitics. Jest to geopolityka marksizująca, która twierdzi, że geografia nie jest obiektywna i możemy ją sami kształtować. Z tego wykluły się na przykład geopolityka feministyczna, geopolityka LGBT i podobne. Drugi, bardziej mainstreamowy nurt geopolityki akademickiej odrzucił założenie o determinizmie geograficznym, natomiast utrzymał założenie obiektywizacji geografii – a przynajmniej jak największego obiektywizmu geografii. Ten nurt poszedł w stronę realizmu politycznego, rzecz w tym, że de facto on się z realizmem zlał, a ściślej został wchłonięty przez realizm. Stało się tak dlatego, że sama geopolityka nie dostarcza narzędzi żeby badać rzeczywistość w sposób adekwatny: do tego potrzebuje się oprzeć albo na realizmie albo na konstruktywizmie. Ale wówczas geopolityka staje się tylko pewnym uzupełnieniem, dodatkiem do nich. To w świecie akademickim. Natomiast w sferze publicznej geopolityka stała się dyscypliną ludową: spełnia swoją rolę przy mobilizacji populacji i przy podnoszeniu zainteresowania sprawami międzynarodowymi.

Rozmawiał Mikołaj Rajkowski

Komentarze

Gerwazy cięty na zdrajców2019.02.5 8:39
Romer chciał granic na Wschodzie odrodzonej Rzeczpospolitej [jak rozumiem - przynajmniej dwojga narodów] z 1772, bo takie granice dobrze zabezpieczały rdzeń Rzeczpospolitej, w tym i Bramę Smoleńską [no i Bramę Przemyską]. To kwestia analizy militarnej bezpieczeństwa państwa, a nie jakaś polityka dla polityki oparta o resentymenty historyczne. Analiza militarna i znaczenie Bramy Smoleńskiej i buforów dla rdzenia Polski nie zmieniło się ani o jotę. Przeciwnie - szybkość operacji lądowych wojsk zmechanizowanych powoduje, że jeszcze bardziej wzrosła potrzeba posiadania buforów bezpieczeństwa głębi strategicznej. Bo przedtem przemarsz i dyslokacja wojsk zajmowały tygodnie, a dzisiaj dni, nawet godziny. W naszym interesie najlepszym rozwiązaniem jest stworzenie Rzeczpospolitej Wielu Narodów - z rdzeniem siły w postaci Polski - z buforami dokoła. Przynajmniej Bałtów, Białorusinów, Ukraińców. Z synergią "win-win" dla wszystkich - i wspólnej siły i wspólnego rynku. Tylko te ww państwa by zapewniły ok. 100 mln ludzi wspólnego rynku i siły ekonomicznej i militarnej. Gdzie kolejnym etapem byłoby rozwinięcie V4 o Rumunię i rozszerzenie tego wspólnego bloku o kolejne 55 mln ludzi. Tu powodem dołaczenia byłoby zagrożenie naporem migracji z południa - od Azji - to zresztą spowodowało opór V4 w 2015-2016. Czyli 155 mln ludzi - więcej jak w FR, w której na 144 mln mieszkańców, tylko 108 mln to etniczni Rosjanie, a islamiści przyrastają na potęgę [stanowiąc 1/3 Armii Czerwonej !]. Końcem tego procesu byłoby przyłączenie się do tego projektu państw Bałkańskich - ale i akcesja Skandynawów [przynajmniej do wspólnego rynku, no i sojusz wojskowy], którzy do twardego jądra UE mają wyraźną awersję, bliżej im do Europy Centralnej - choćby poprzez wspieranych Bałtów i Bałtyk [Polska ze Skandynawami i Bałtami - to daje z Bałtyku mare nostrum] kontra Rosja. Czyli ponad 200 mln ludzi we wspólnym rynku, oraz wspólnota sojuszu wojskowego. Oraz duży gracz na arenie międzynarodowej.
Reytan2019.02.4 14:47
Prymitywny charakter argumentow Lubiny daje pewnosc,ze wkrotce o nim zapomnimy.
słowiczek poznański2019.02.4 16:28
447, 447, 447...
Wiesław Kaloryfer2019.02.4 14:37
Mam wrażenie, że dr Lubina przypisuje obecnym geopolitykom poglądy i założenia im obce, charakterystyczne u progu powstawania tej dziedziny wiedzy, a do dziś poddane dość silnej "obróbce" dokonanej na podstawie doświadczeń z historii XX i początku XXI wieku. To z czym mogę się zgodzić, to przywołane twierdzenie, iż do tłumaczenie zjawisk społecznych/gospodarczych/politycznych winniśmy sięgać do wielu koncepcji (a zatem również do geopolityki). Coś jak z polityką ekonomiczną państwa. Pamiętam jeszcze z jednego wykładu ekonomii na studiach, jak prowadzący zwrócił uwagę, że naukowych szkół ekonomicznych było wiele, często stojących na przeciwstawnych biegunach, ale nigdy nie udało się stworzyć dobrze prosperującego gospodarczo państwa w oparciu o poglądy wyłącznie jednej takiej szkoły. Nawet zadeklarowany monetarysta Balcerowicz dla zachowania spokoju społecznego musiał akceptować czy nawet wspomagać się rozwiązaniami sprzecznymi z poglądami monetarystów, a charakterystycznymi na keynsizmy czy tam neokeynsizmu.
Gerwazy cięty na zdrajców2019.02.4 13:27
Żeby była jasność - geopolityka to wszystkie zasoby państwa - i jego usadowienie przestrzenne względem sąsiadów. Co niestety twardo dyktuje warunki i układu sił i do jakiej sieci komunikacji i handlu i stref wpływu się należy. Jeżeli geopolityka jest takim "błądzeniem" to proponuję rozważyć zamianę miejscami Polski i Portugalii. Nikt by się WTEDY w Polsce nie kłopotał, jak USA ma dostarczyć zaopatrzenie Polsce na wypadek wojny - gdy TERAZ mamy wypierającą nas bańkę A2/AD Kaliningradu - zaś US Navy i Royal Navy nawet nie zamierzają wpływać na Bałtyk, a niechętne Niemcy odcinają zaopatrzenie lądem. Nawet nastolatek by od razu zrozumiał fundamentalną zmianę sytuacji Polski [także w handlu światowym] przy takiej roszadzie miejscami Polski z Portugalia [czy w innych konfiguracjach]. Od małego nasiąkamy archetypem geopolitycznym "Polska między Rosją, a Niemcami - na równinie środkowoeuropejskiej" - nawet Mleczko wydał jako rzecz OCZYWISTĄ taki plakat satyryczny z Panem Bogiem z aniołkami, jak to Pan Bóg układa postać globu ziemskiego i mówi: "A Polakom zrobimy kawał i damy ich pomiędzy Rosją a Niemcami" - a tu takie "genialne" manipulacje i ślizganie się dra Lubiny...
Gerwazy cięty na zdrajców2019.02.4 13:13
Dr Lubina zwyczajnie sieje dywersję i dezinformację. Decyzje w Waszyngtonie, Pekinie, Moskwie, New Delhi, Londynie, Paryżu, Berlinie, Tel Avivie - od dekad są podejmowane głównie na bazie analizy geostrategicznej. Skoro tak - my BEZALTERNATYWNIE i OBOWIĄZKOWO musimy posługiwać się geopolityką, by rozumieć i rozgrywać innych graczy, inaczej będziemy jak dzieci we mgle. Szczególnie, że za PRL i III Rzeczpospolitej Okrągłostołowej geopolityka była właściwie wyklęta, byśmy byli bezwolna marionetka - i właśnie dlatego dlatego nasza polityka musi teraz nadrobić zaległości - inaczej będziemy ogrywani jak ślepcy, którzy nic nie rozumieją "co-jak-dlaczego-po co?" w real-politik. I to szczególnie TERAZ - w dobie narastającej z roku na rok wielkiej geostrategicznej rywalizacji USA-Chiny, gdy ta konfrontacja promieniuje także tak samo geostrategicznie na każdy region i będzie przyczyną łamania globalizacji i starych struktur przez USA, budowaniem przez Chiny, kontestowaniem przez Rosję, czekaniem na okazję, ale i aktywną hegemoniczną polityką Berlina w rękawiczkach Brukseli - wprost do IV Rzeszy Paneuropejskiej, jak i wolt Indii, Japonii i innych graczy. Mówić o bezsensie geopolityki w Polsce? - gdy Polska jest kluczowym stykiem Rimmlandu i Heartlandu Eurazji?, gdy Polska jako bufor i rdzeń kordonu sanitarnego Wschodniej Flanki fundamentalnie uniemożliwia powstanie trzeciego supermocarstwa od Lizbony do Władywostoku [niby Kremla i Berlina, a docelowo - tylko Kremla]?, gdy od Polski zależy los Bałtów? ale i Ukrainy?, a przez to Polska ma w ręku prestiż USA jako gwaranta i lidera NATO? - no! - chciałbym wierzyć, że jest to tylko wyraz zwykłej niekompetencji Pana dra Lubiny.
Wiesław Kaloryfer2019.02.4 16:50
Co ciekawe w wydaniu tego periodyku, gdzie jest rozmowa z dr Lubina jest też felieton innego autora, który stoi wręcz w opozycji do poglądów dra Lubiny: https://teologiapolityczna.pl/oslepiajaca-ciemnosc-czyli-zagrozenia-geopolityki Tylko jakoś Fronda tego cytować nie chce, choć ten spór o geopolitykę w Polsce trwa już od co najmniej kilku miesięcy i pisali na ten temat nie tylko przeciwnicy, ale takze zwolennicy geopolityki jako nauki i narzędzia.