08.08.18, 13:45

Ks. prof. Robert Skrzypczak dla Frondy: Chrystus czeka na Korę

Martyna Ochnik: Dzisiaj na warszawskim Cmentarzu Wojskowym przy Powązkowskiej pochowana została Kora, wokalistka, autorka tekstów, jedna z najbardziej rozpoznawalnych i charyzmatycznych postaci polskiej sceny rockowej lat 80. i 90.

Olga Jackowska odeszła w sobotę 28 lipca, a w niedzielę mszę św. w jej intencji odprawiono w kościele pokamedulskim w Lesie Bielańskim w Warszawie. Po zakończeniu nabożeństwa proboszcz parafii bł. Edwarda Detkensa zagrał na suzafonie Krakowski spleen, jeden z bardziej poruszających utworów Kory. Nagranie obiegło internet budząc skrajne komentarze – od wzruszenia i zachwytu do surowego potępienia.

Ks. prof. Robert Skrzypczak: Mamy takie czasy, że powszechnie miesza się sacrum i profanum, a do liturgii wkracza popkultura. Do wspomnianego zdarzeniaodnoszę się z pewną dozą tolerancji, jako że znam księdza Wojciecha Drozdowicza, który przez wiele lat związany był z telewizją i światem mediów, a do dziś dnia utrzymuje kontakty z wieloma artystami. Ludzi z tego środowiska cechuje szczególnie rozwinięta wrażliwość, która skłania ich do nieustannych poszukiwań w celu określenia samych siebie. Z tego powodu eksperymentują z rozmaitymi sposobami życia i ideologiami. Nieraz noszą w sobie wyolbrzymione urazy związane z Kościołem ipielęgnują uprzedzenia wobec niego.

Dlatego z jednej strony nie podzielam akceptacji dla estetyki, w której wprowadza się popkulturę do liturgii, raczej skłonny jestem chronić ją przed takimi elementami. Liturgia jest bowiem miejscem, z którego człowiek wychyla się ku niebu czy jest pociągany przez Chrystusa ku wieczności. Z drugiej strony, nie będę po faryzejsku potępiać takich poczynań jak wspomniane. Nie chciałbym dołączyć do grona tych, którzy oburzają się, że Jezus odwiedził Mateusza celnika i spożywał z nim posiłek.

Rozumiem, że wprowadzanie nowych elementów do liturgii jest też pewnym sposobem ewangelizacji poprzez szukanie z ludźmi języka, który byłby dla nich bardziej zrozumiały, a przez to przybliżał ich do Boga. Gdzie jednak przebiega granica między tym co dopuszczalne a nadużyciem liturgicznym? Czy kościół może stać się teatrem lub sceną rockową?

Oczywiście, że nie. Jednak sytuacja, o której mówimy jest szczególna, o czym już powiedziałem. Przede wszystkim bowiem mamy do czynienia ze śmiercią osoby, która jak każda inna zasługuje na szacunek, nawet jeśli za życia chodziła swoimi drogami i na nich się pogubiła. Szacunek ten, zwłaszcza w chwili śmierci wymaga, byśmy się za tę osobę modlili. Dlatego msza odprawiona za świętej pamięci Olgę była bardzo potrzebna, zwłaszcza że zmarła została ochrzczona, nawet jeśli nie korzystała z sakramentów czy nie spotkała na swojej drodze Chrystusa. Ufam, że szukała go szczerym sercem, choć po swojemu i że On na nią czeka, by napełnićradością.

Wydarzenie w Lasku Bielańskim nie ma nic wspólnego z takimi faktami, które zasługują na bezwzględne potępienie. Choćby to, że piękny kościółek w Ścinawie na Dolnym Śląsku wykorzystano do nakręcenia perfidnego filmu o zawartości satanistycznej. Ubolewam i serce mi płacze, kiedy widzę co dzieje się z kościołami, monastyrami, bibliotekami chrześcijańskimi w Europie zachodniej. Tamprzekształca się je w centra fitness, restauracje, miejsca pokazów mody. Absolutnie nie zgadzam się na to! Widziałem piękny neogotycki kościół w Amsterdamie zamieniony na nocny klub go-go. Wiele kościołów jest sprzedawanych ale też niszczonych i burzonych. Zwycięża bożek pieniądz, a to znak pewnego zagubienia, chrystofobii i apostazji. W żadnym wypadku nie można tego zrównywać z chęcią uczczenia osoby, którą się kochało, która dostarczała estetycznych wrażeń, a przede wszystkim nie była hipokrytką, bo poszukiwała szczerze.

Ludzie, którzy na swojej drodze nie spotkają Chrystusa mogą całe życie skonsumować na poszukiwaniach, ale nie raz to z naszej winy błądzą szukając alternatywnych dróg. Może to my, chrześcijanie nie potrafimy dziel się z innymi tym co jest naszym udziałem, nie jesteśmy dostatecznie wiarygodni w przekazywaniunowiny, że to Chrystus jest najlepszym sposobem odkrycia samego siebie.

Taka refleksja obliguje nas do większej skuteczności, zwłaszcza jeżeli rozmawiamy o tym dzisiaj, w 25. rocznicę opublikowania tak ważnej encykliki Jana Pawła II jak Veritas i splendor. Papież powiedział tam, że prawda istnieje i jest obiektywna, niezależna od subiektywnych interpretacji i opinii. Jest to szczególnie ważne przy współczesnym zamęcie pojęciowym, kiedy już my sami, chrześcijanie tracimy czasami rozeznanie. Cóż więc dziwnego, że inni ludzie gubią się wielokrotnie mocniej? Sami jesteśmy za to odpowiedzialni.

Czy jednak będąc świadkami Prawdy nie posuwamy się czasem zbyt daleko w swoich staraniach? Czy kierując się subiektywnie pojmowaną skutecznością ewangelizacyjną nie zaciemniamy Prawdy stwarzając wrażenie, że wiara jest prostą emocją, że nie odnosi się do rozumu?Choćby tak lubiane msze dla dzieci, kiedy zaciera się granica między sacrum a zabawą.

To ważna kwestia. Spróbuję odnieść się do niej przez pewną analogię. Jako dzieci jeździliśmy do naszych dziadków, którzy mieli piękne wielopokojowe mieszkanie. Mogliśmy tam bawić się i dokazywać wszędzie, z wyjątkiem jednego pomieszczenia - to była sypialnia dziadków. Pamiętam do dziś ten ogromny szacunek, z jakim odnosili się do pokoju, który był sanktuarium ich intymności. Jeżeli przeczytamy Teologię ciała Jana Pawła II, dowiemy się, że intymność małżeńska jest także miejscem najgłębszego spotkania z Bogiem.

Dlatego myślę, że i my winniśmy bronić nasze świątynie, ołtarze, liturgię przed bezmyślnie wprowadzanymi infantylnymi urozmaiceniami. To przecież miejsca i okoliczności, w których poddajemy się działaniu Chrystusa. Nie wolno zatem dopuścić, by Chrystus stał się jedynie pretekstem do innych aktywności, żeby spotkanie z Nim cokolwiek zakłócało. Przecież jeśli ktoś udaje się na audiencję do Papieża czy królowej, to dołoży wszelkich starań, by być w tym momencie obecnym w pełni. Wtedy kaprysy dzieci, pilne telefony usuwają się na daleki plan i człowiek jest całkowicie skoncentrowany na spotkaniu.

To znaczy, że taka postawa jest możliwa także w odniesieniu do liturgii.

Tak to praktykowali chrześcijanie, zanim zapomnieli czym jest inicjacja chrześcijańska. Stworzyli bowiem rodzaj ochrony intymności spotkania z Bogiem - disciplina arcana. W Eucharystii nie mógł uczestniczyć więc człowiek nieochrzczony, katechumen, nawet pokutnik. Te osoby mogły pozostawać w świątyni tylko podczas liturgii słowa, potem były wypraszane i zamykano za nimi drzwi.

Kiedyś byłem z przyjaciółmi we Włoszech w Akwilei, w jednej z najstarszych bazylik chrześcijańskich. Kupiliśmy bilety, krążyliśmy po świątyni, podziwialiśmy mozaikę z IV w. n.e.,aż w pewnym momencie podeszła do nas kobieta i zapytała czy zamierzamy uczestniczyć we mszy świętej. Odpowiedzieliśmy, że nie, jesteśmy tylko jako turyści. Proszę więc wyjść, usłyszeliśmy.

W pierwszej chwili poczułem oburzenie – jestem duchownym, mam na sobie duchowny strój, jak można mnie wyrzucać z kościoła! Zaraz jednak pojawiła się refleksja, zrozumienie i ogromny szacunek dla ludzi, którzy kontynuują dwutysiącletnią tradycję chrześcijańską. Znają disciplina arcana.

Traktują poważnie spotkanie z Bogiem.

Tak. Nie dopuszczają do takich na przykład sytuacji, jakie mają miejsce w Loreto, San Marco i innych znanych obiektach sakralnych. Tam, podczas kiedy jedni modlą się i celebrują Eucharystię, dookoła krążą turyści, słychać przewodników turystycznych. Kościół staje się przez to targowiskiem próżności i świątynią pieniądza.

Disciplina arcana to kwestia, do której warto dzisiaj wrócić, którą powinniśmy na nowo przemyśleć.

Kto miałby to przemyśleć, skoro wierni przywykli już do otwartości liturgicznej?

Przede wszystkim najwyżsi pasterze. Poczynając od biskupów, proboszczowie, a dalej katechiści i też rodzice. Ale przede wszystkim pasterze.

Dziękuję za rozmowę.