22.04.15, 16:53

Rząd polski chce ratować demografię poprzez in vitro! To zwykła propaganda

Jesteśmy na szarym końcu jako państwo, jeśli chodzi o wskaźnik dzietności. Obecnie wynosi on 1,3. Brak solidnej polityki prorodzinnej, brak wsparcia dla rodzin ze strony państwa, trendy kulturowe i coraz częstsza niepłodność – to czynniki, które wpływają na taki poziom dzietności. A z drugiej strony posiadaniu dzieci nie sprzyja lansowany sposób życia pozbawiony odpowiedzialności i zobowiązań. Dzieci po prostu przegrywają z atrakcjami tego świata.

W obliczu zapaści demograficznej i będącej jej konsekwencją zapaści finansowej państwa rząd zastanawia się, co zrobić, żeby dzieci rodziło się więcej. Jednym z pomysłów była refundacja zapłodnienia in vitro. Kiedy w 2012 roku minister Bartosz Arłukowicz informował o tym programie, zapowiadał, że jego celem jest także wpływ na poprawę trendów demograficznych. „To także jest bardzo ważne przy procesach demograficznych, z którymi mamy obecnie do czynienia w Polsce” - zaznaczył. „Chcemy, żeby wszyscy ci, którzy bardzo chcą mieć dziecko, mieli taką możliwość; aby wszyscy ci, którzy borykają się z problemem niepłodności, mogli niezależnie od zasobności portfela do tej metody przystąpić” - dodał minister.

Program miał objąć refundacją dokładnie 14,3 tys. małżeństw, co najmniej rok leczących się z powodu niepłodności. Swoją drogą to ciekawe, dlaczego tak ten czas skrócono. Jeszcze kilka lat temu o niepłodności mówiło się po dwóch latach bez efektownych starań o dziecko. W tym kontekście ciekawe są dane brytyjskie. Wynika z nich, że po roku starań niepłodnych będzie 16 procent par, ale już po kolejnym roku połowa z nich doczeka się naturalnie poczętego dziecka. Gdyby kobiety latami nie przyjmowały antykoncepcji i nie odkładały planów prokreacyjnych na później, niewykluczone, ze ten odsetek można by jeszcze obniżyć.

Wróćmy jednak do programu rządowego i jego wpływu na kondycję demograficzną Polski. Biorąc pod uwagę skuteczność metody na poziomie około 30 procent (przy optymistycznych założeniach), oznacza to, że dziecka doczeka się średnio co trzecia para biorąca udział w programie. Możemy więc założyć, że w ciągu trzech lat funkcjonowania programu urodzi się około 5 tys. dzieci. To mniej więcej tyle, ile co roku przychodzi na świat tylko w jednym warszawskim szpitalu. Do tej pory dzięki wsparciu programu urodziło się 1635 dzieci – informuje „Rzeczpospolita”. Trudno więc mówić o choćby najmniejszej poprawie trendów demograficznych.

Żeby była w Polsce zastępowalność pokoleń wskaźnik dzietności musi wynosi co najmniej 2,1. Inaczej mówiąc zamiast 400 tys. porodów rocznie, potrzeba ich co najmniej o połowę więcej. 5 tys. urodzonych dzieci (w wersji optymistycznej) w ramach rządowego programu to jedynie niewielki procent liczby, której nam brakuje, by faktycznie odwrócić trendy demograficzne. Jeśli eksperci dziś kręcą głową, załamują ręce i się martwią, że in vitro demografii nie pomoże, to może powinni przypomnieć sobie proste rachunki. I liczyć, liczyć i jeszcze raz liczyć, a nie ulegać rządowej propagandzie.

Małgorzata Terlikowska

Komentarze

anonim2015.04.22 18:23
AnitoEf kłamiesz jak najęta. A niby dlaczego "wspomaga rozród tam, gdzie dzieci rzeczywiście są upragnione" co to za bełkot? Przecież wiesz bo ci pisałem nie raz, że po szkle abortuje się 20% produktów. Bo pańci sie odmieniło. poza tym może by tak policzyć ile TYSIĘCY dzieci się nie urodziło, bo zwykli ludzie OKRADZENI z kasy wymiękaja i ich nie stac albo uciekaja z tego przeklętego kraju. Doprawdy - trzeba być bydlakiem żeby wyrywać (za pośrednictwem urzędów skarbowych) pieniądze biednej wdowie z wachocka na własne bękarty.
anonim2015.04.22 19:00
Właściwie, to fakt. Popęd seksualny jest, jaki był, ludzkość rżnie się jak popadnie i na potęgę. Tyle, że dawniej nie było antykoncepcji, dziś już jest. To nieprawda, że posiadanie dzieci przegrywa z radościami tego świata - po prostu łatwiej jest dziś ciupciać tak, żeby dzieci z tego nie było. I tyle. Dziś demografii nie zabija bezpodność którą trzeba protezować na szkle, tylko dostęp do antykoncepcji i to wszystko. NIGDY chyba w historii ludzkości dzieci nie wygrywały z radościami tego świata - po prostu dwoje ludzi się gziło i z tego robiły się dzieci. Same, przy okazji. Tyle, że kiedyś dziecko nie potrzebowało butów, wystarczyła mu zgrzebna koszula, o posyłaniu go do szkoły NIKT nie myślał a u lekarza nigdy nie było - jak zachorowało, to albo wyzdrowiało, albo umarło. Nie potrzebowało smartfona, tabletu, komputera etc, etc. Chowało się między kurami a królikami aż było w stanie iść z krowami pod las, żeby je paść. I tak to wyglądało - niemal bezkosztowo na początku a potem - była dodatkowa para rąk do pracy. I tak się to toczyło. Takiemu chłopu przed kilkuset laty było obojętne, czy będzie miał 6-ro czy 10-ro dzieci. A dziś? Trzecie dziecko potrafi ekonomicznie niejedną rodzinę zrujnować...
anonim2015.04.22 22:32
Pani Małgosiu - proszę nie siać demagogii. Episkopat w imię politycznego interesu umył rączki od invitro, stwierdzając że nie będzie kar dla polityków głosujących "za". To czemu straszy Pani zwykłych ludzi ?
anonim2015.04.23 18:03
Sabacie drogi oczywistym jest że Szklane Dzieci to bękarty. Nawet najbardziej odleciany oszołom nie nazwie laboratorium z zootechnikiem w środku "Prawym Łożem" PS. Nurtuje mnie taki teologiczny problem: czy aby Szklane Dzieci posiadają dusze nieśmiertelne. To wcale nie jest takie pewne...
anonim2015.04.23 21:18
PO więcej zabije ludzi w in-vitro niż z niej się urodzi. W samej procedurze ginie średnio 9 dzieci na 1 urodzone, do tego koszt NFZ uniemożliwi rehabilitację już urodzonych dzieci, bo zostaną przekazane na bardzo kosztowną procedurę in-vitro.